Chciałabym was dzisiaj zachęcić do małego zainteresowania nauką.
Krążąc po zakątkach portalu youtube i słuchając piosenek, zwłaszcza polskich, lubię czytać komentarze, znajdujące się pod nimi. Czasami są one zupełnie głupie, w stylu "kto z Polski łapka w górę", czasami depresyjne, np. "to była ulubiona piosenka moja i mojego eks, zostawił mnie rok temu, a ja od tamtej pory płaczę ilekroć jej słucham", czasami wywiązują się wręcz dyskusje. I właśnie na dyskusję trafiłam wczoraj, w komentarzach pod piosenką IRA - Parę chwil. Dwóch panów w nieokreślonym wieku spierało się o poglądy religijne.
Od dawna ciekawią mnie poglądy religijne różnych ludzi. Sama nie opowiadam się jeszcze za żadną stron - ani za teistami ani za ateistami i trzymam się bezpiecznego agnostycyzmu (tych, którzy nie znają tego pojęcia odsyłam do tego linku pochodzącego z Cioci Wikipedii). Pozostaję w zawieszeniu, wręcz w homeostazie w tej kwestii, bowiem nic takiego jeszcze nie wydarzyło się w moim życiu żeby przechylić szalę w kierunku "tak, wierzę!" lub "nie, nie wierzę!". Przyznam, że smutne wydarzenia chwieją wiarą, zresztą zdobywanie wyższego wykształcenia też nie sprzyja duchowości wierze, nie poprzedzonej poznaniem. Ale wciąż czytam, dociekam, interesuję się i czekam, aż pojawi się jakiś argument, który mnie przekona, że Boga nie ma, albo znak, dzięki któremu zrozumiem, że jednak jest.
Tak więc, powracając do komentarzowej dyskusji, dwóch panów obrażało się nawzajem. Jeden z nich deklarował się jako ateista, drugi cytował Pismo Święte. Obrażali się jednak na poziomie wyższym, niż średni poziom użytkowników youtube'a ( nie żadne "ty zj*bie, ty pedale" itp), aż w końcu jeden z nich rzucił coś w stylu "obejrzyj sobie na youtubie 100 powodów dla których ewolucja jest głupia". Myślę sobie- co za bzdurny tytuł. Pewnie wypowiedź kolejnego zagorzałego fanatyka. Przyznam wam szczerze i bez bicia, że wyszukałam ten wykład wiedziona chęcią obejrzenia show. Miałam nadzieję na jakieś machanie kadzidłami, wypowiedzi w stylu wszystkim już znanego księdza Natanka (który, tak swoją drogą, skopał kiedyś reporterów - widzieliście ten filmik?). Włączyłam i czekałam na show. I z jednej strony się rozczarowałam, a z drugiej nie. Nie było żadnej widowiskowości, tylko sympatyczny mężczyzna w średnim wieku, rzucający lekkimi anegdotami. Bez żadnego fanatyzmu w oczach mężczyzna ten w ramach wstępu pokazał słuchaczom Biblię, oznajmił, że wierzy w każde jej słowo. Następnie pokrótce wytłumaczył, że będzie opowiadał o debacie, dotyczącej genezy świata i życia, prowadzonej od dawna pomiędzy dwoma przeciwstawnymi obozami- obozem kreacjonistów i obozem ewolucjonistów.
Powiem wam szczerze, z ręką na sercu, że wciągnęłam się w ten wykład i obejrzałam go nie pauzując do samego końca. A rzeczy, które mówił ten mężczyzna brzmiał naprawdę sensownie. Rzadko słyszy się obrońcę wiary, posługującego się racjonalnymi argumentami. Powiedzmy sobie szczerze, zwykle odwołują się oni do emocji strachu (przed apokalipsą, piekłem itp), nadziei (na zbawienie, lepsze życie, na które możemy sobie zasłużyć wiarą) i przywiązania do wpajanego nam od dziecka tradycjonalizmu (zwłaszcza w naszym kraju). A tu, byłam zaskoczona, żadnego fanatyzmu. Pan prowadzący wykład spokojnie nam powiedział, że co prawda on wierzy w biblię, ale są też ludzie wierzący w ewolucję i to jest ich prywatna sprawa. Że każdy może wierzyć w co chce, a on nie zamierza nikogo na siłę nawracać, tylko uświadomić, że ewolucja również jest na swój sposób wiarą (wiarę definiujemy tu jako coś, czemu brakuje wystarczającej ilości dowodów żeby wiedzieć na pewno, coś, co musimy opierać na założeniach, których nie możemy zweryfikować). I że są w niej liczne niedociągnięcia. Odsyłam was do źródła, bo tego nie mówi się w szkołach, a powinno. Przedstawia się teorię ewolucji, czy teorię wielkiego wybuchu jako coś, co jest Prawdziwe przez wielkie "P", zapominając, że to jest jedna z teorii. Zapraszam do obejrzenia wykładu tutaj.
Nie, ten wykład nie przekonał mnie do poglądów kreacjonistów. Raczej uświadomił, że nie istnieje jeszcze teoria w pełni satysfakcjonująca zarówno logiczną spójnością, jak i ilością dowodów na jej prawdziwość. Takie rzeczy powinni uświadamiać w szkole- że to niekoniecznie musi być prawda, że to tylko jedna z teorii. Tak samo mamy na psychologii. Nie mówią nam "tak jest". Mówią, że "może być tak, albo tak, albo jeszcze inaczej, ale obecnie trzymamy się tego".
Znacie to powiedzenie- niewiedza jest błogosławieństwem? Obawiam się, że muszę się z tym zgodzić. Tylko na początku nauka i wiedza wszystko upraszcza. A potem? Z każdym kolejnym krokiem na ścieżce edukacji dowiadujemy się - zwłaszcza humaniści - że ludzkość wcale jeszcze tak wiele nie wie. Gonimy najpierw za poznaniem całej prawdy, potem za poznaniem jakiejś ogólnej wielkiej prawdy, potem za poznaniem jakiejkolwiek prawdy, aż wreszcie za poznaniem czegokolwiek poza niepotwierdzonymi przekonaniami poszczególnych badaczy. Na samym końcu giniemy w natłoku danych statystycznych (a propo statystyk, dziś wyczytałam w internecie, że wg badań z 2008 roku średni wiek zgonu osób chorujących na mukowiscydozę w Polsce to 21 lat... milutka perspektywa, zwłaszcza, że mam już 20 lat) i zapominamy o tym, że w ogóle kiedykolwiek chcieliśmy coś znaleźć. Pogrążamy się w apatii, gubimy młodzieńczy idealizm i żyjemy koncentrując się na utrzymaniu finansowego equilibrium.
A może nie jest aż tak źle i może to ja po prostu jestem pesymistycznie nastawiona do rozwoju. Bo może tylko u mnie, zamiast niesamowitego oświecenia, przynosi on głównie (choć na szczęście nie wyłącznie) rozczarowanie. Jeśli z wami jest lepiej, trzymam za was kciuki.
wtorek, 9 października 2012
piątek, 5 października 2012
Całkiem nie psychologicznie o psychologii
Jak to się dzieje, że jak jesteśmy młodzi, wydaje nam się, że znamy wszystkie odpowiedzi i sposoby, a kiedy dorastamy, robimy się coraz bardziej bezradni? Wyobrażamy sobie, że potrafiliśmy sobie poradzić z każdym problemem, ba, nawet zapobiec mu. A potem nasze wyobrażenia boleśnie rozbijają się o poszarpane krawędzie rzeczywistości.
Ni cholery się na tej psychologii nie nauczyłam. Myślałam, że po dwóch latach studiowania będę miała jakieś umiejętności i wiedzę. I naprawdę, nie wymagam wiele, nie mówię o Kluczu Do Poznania Świata. Ale chociażby jakieś wskazówki. Przynajmniej poznać przyczyny niektórych ludzkich myśli i zachowań. Nie mówię już o sposobach na radzenie sobie z nimi. Ale nie. Po dwóch z pięciu lat, nadal nie umiem nic ponad to, co podpowiada mi intuicja, książki NIE będące publikacjami prac psychologów i różne zasłyszane prawdy. A czego nauczył mnie Wydział Psychologii? Kilku faktów z historii myśli psychologicznej (Boże, co mnie one obchodzą?), jak przeprowadzić najprostsze testy osobowości (które są Boże jak bardzo banalne) i tego, że z problemami trzeba się zwracać do psychologa. A, przepraszam, omal nie zapomniałam- również tego, że agresja jest powodowana frustracją.
Wszystko co jest nam wykładane na tej psychologii brzmi jakoś banalnie, tautologicznie i bezużytecznie. I może to jeszcze zbyt wcześnie na ocenę poziomu edukacji, bo dopiero zaczynam trzeci rok, ale zaczynam poważnie wątpić. I zastanawia się, czy przypadkiem nie jest tak, że na tych studiach młodzi ludzie, kształceni na pełnych oczywistości, banałów i nieprzydatnej wiedzy pracach psychologów są przygotowywani do pisania kolejnych serii banałów. Jeden wielki zastój.
Nie mówię oczywiście, że te studia w ogóle niczego nie uczą. Trafi się czasem kilka ciekawych faktów. Ale trzeba na nie czekać, wypatrywać ich łapczywie, umieć dostrzegać je pod gruzami nudy. Większość obowiązkowych przedmiotów to zauczanie stosów nieprzydatności, większość zajęć fakultatywnych polega na wygłaszaniu referatów, których nikt nie pamięta już w trakcie samego wygłaszania. Zajęcia praktyczne, które mają trenować w nas psychologiczne umiejętności, tak naprawdę bazują na tym, co wychodzi z naszych intuicyjnych domysłów. Jestem rozczarowana i czuję, że nic ważnego nie robię, i to w dodatku nie-robię to w grupie, składającej się z ludzi doprowadzających mnie do obłędu. Oczywiście jest kilka osób, które uwielbiam. Naprawdę świetnych, miłych, zabawnych, oryginalnych i nietuzinkowych ludzi. Niestety mam wrażenie że giną one w tłumie składających się z lanserskich bogaczy, nie mających co zrobić z nadmiarem pieniędzy od mamusi i tatusia i przepijających je regularnie, świętoszkowatych, naiwnych idealistek z kompleksem misji i Niesienia Pomocy i pseudointeligentów, nastawionych na sukces niczym pies na wykopanie kości.
To nie tak, że obudziła się we mnie potrzeba samorealizacji. Ale naprawdę nie polecam nikomu tych studiów. Może to i renoma, ale jednak nie opuszcza mnie uczucie, że nie robimy tam nic ważnego. Oczywiście to nie znaczy też, że nie da się nic osiągnąć na psychologii, lub po psychologii. Ale trzeba konkretnie widzieć swój cel, dążyć do niego sukcesywnie, mieć już gotowe i zaplanowane zainteresowania i nie liczyć na to, że odnajdzie się je w trakcie studiów. A ja jakoś tego celu sama z siebie nie widzę i jestem przekonana, że nie jestem w tym odosobniona.
Po roku nauki każą wam wybrać sobie dziedzinę psychologii i temat, żeby na drugim roku napisać pracę teoretyczną. Każą wam wybrać opiekuna pracy kiedy znacie dopiero 10% grona pedagogicznego i będą się spodziewać, że już wiecie, co was interesuje. A ja się pytam, na jakiej podstawie można się tego dowiedzieć, kiedy sugerowany plan studiów dla pierwszego roku wygląda tak:
- Wstęp do psychologii (który wprowadza was w świat suchych nazwisk, dat i frazesów będących poglądami właścicieli tychże nazwisk)
- Metodologia badań psychologicznych (nie, nie robicie na tych zajęciach badań. Nie uczycie się nawet jakie są badania psychologiczne i jak je przeprowadzić. Uczycie się najbardziej ogólnego zarysu teoretycznego, polegającego na zakuwaniu metodologicznych pojęć, które można odnieść tak samo do psychologii jak i do pozostałych dziedzin)
- Biologiczne mechanizmy zachowania (przyznaję, z tych zajęć można wyczerpać trochę faktów. O tym, czym zajmuje się biologiczna strona psychologii. I dowiedzieć się, że zajmuje się ona głównie obserwacją zwierząt... a w każdym razie właśnie to wyniosłam z tych zajęć zdając egzamin końcowy na 4+)
- Logika (to w ogóle nie ma nic wspólnego z psychologią i zdaje się, że jest po prostu przedmiotem z puli "tych które humanista powinien mieć")
- Podstawowe Umiejętności Psychologiczne (miłe ćwiczenia, na których można poznać innych studentów, pośmiać się i powygłupiać, jednak nie szkolą one żadnych nowo odkrytych umiejętności, tylko bawią się w nazewnictwo tego, co i tak jest oczywiste i znane oraz w tłumaczenie tego, co wiecie intuicyjnie)
- Psychologia uczenia się i pamięci (jeszcze jeden przedmiot, który rzeczywiście pokazuje jedną ze stron psychologii, jednak jest to naprawdę bardzo wąska dziedzina psychologii, która może i rzuca garść ciekawych faktów, ale ciężko znaleźć w tym coś, o czym można by napisać pracę na 20 stron)
- Psychologia Procesów Poznawczych (co prawda- zdałam to, ale nadal kompletnie nie mam pojęcia, o czym to do cholery było... i nie jestem pewna, czy jest to kwestia Prowadzącego, przedmiotu czy mojego niewystarczającego zagłębienia w tematykę. Wstrzymam się od oceny końcowej przydatności tego przedmiotu na pierwszym roku)
- Podstawy statystyki (to nie psychologia. To statystyka. Która niewątpliwie jest potrzebna, nie przeczę tego. Jednak ciężko z tego zaczerpnąć temat do pracy rocznej, bo, jak mówiłam- to nie psychologia.)
I to by było na tyle, jeśli chodzi o listę obowiązkowych przedmiotów, które mój Wydział sugeruje do zaliczania na pierwszym roku. Co z pozostałym czasem? Bo przecież nie jest tego za wiele? No więc pozostały czas powinniście teoretycznie wypełnić zajęciami fakultatywnymi, na które się zarejestrujecie przez internet. Niestety to, co brzmi ciekawie okazuje się być przedmiotem opierającym się na rozdzieleniu niezbyt ciekawych tematów pomiędzy wszystkich studentów i zapełnieniu godzin wygłaszanymi przez studentów referatami. A bywa też tak - i niestety jest to najczęstszy problem - że zarejestrujecie się na coś, ale prowadzący/prowadząca odrzuca was z listy przyjętych. I Bóg jeden wie, na podstawie jakiego kryterium prowadzący robią selekcję, bo na pewno nie na podstawie kolejności zapisów. Mówiono mi na pierwszym roku, że robią to na podstawie roku studiów- chętniej przyjmują starszych studentów, ale to niestety też okazało się nieprawdą. Nie robią też tego alfabetycznie. Być może w tym szaleństwie jest jakaś metoda, ale kiedy odrzucono mnie z list wszystkich fakultetów, na które się rejestrowałam, straciłam motywację do złamania tego kodu.
Tak więc jeśli chcecie iść na psychologię z braku pomysłu na siebie- odradzam. Są bardzo nikłe szanse na to, że odnajdziecie ten pomysł w trakcie studiów. Prędzej pogubicie się całkowicie. Co innego oczywiście, jeśli jesteście już zorientowani- jaką dziedziną psychologii się zainteresujecie i co chcecie po tych studiach robić. Możecie też oczywiście nie uwierzyć mojej ocenie i macie do tego pełne prawo. I nie mówię, że te studia są kompletnie bezwartościowe i nikt nie potrafi tam znaleźć miejsca dla siebie... ale inaczej je sobie wyobrażałam i mogłabym przysiąc, że nie ja jedyna.
Ale nie tracę jeszcze nadziei. Mam nadzieję, że trzeci rok przyniesie miłe rozczarowanie i pokaże, że na psychologii rzeczywiście można wyrwać garść ciekawostek z paszczy nudy. Może nie Klucz Do Poznania Świata, ale przynajmniej jakąś namiastkę Klucza Do Poznania Choćby Bardzo Malutkiej Acz Ciekawej Części Świata. A tymczasem, śpijcie dobrze.
Ni cholery się na tej psychologii nie nauczyłam. Myślałam, że po dwóch latach studiowania będę miała jakieś umiejętności i wiedzę. I naprawdę, nie wymagam wiele, nie mówię o Kluczu Do Poznania Świata. Ale chociażby jakieś wskazówki. Przynajmniej poznać przyczyny niektórych ludzkich myśli i zachowań. Nie mówię już o sposobach na radzenie sobie z nimi. Ale nie. Po dwóch z pięciu lat, nadal nie umiem nic ponad to, co podpowiada mi intuicja, książki NIE będące publikacjami prac psychologów i różne zasłyszane prawdy. A czego nauczył mnie Wydział Psychologii? Kilku faktów z historii myśli psychologicznej (Boże, co mnie one obchodzą?), jak przeprowadzić najprostsze testy osobowości (które są Boże jak bardzo banalne) i tego, że z problemami trzeba się zwracać do psychologa. A, przepraszam, omal nie zapomniałam- również tego, że agresja jest powodowana frustracją.
Wszystko co jest nam wykładane na tej psychologii brzmi jakoś banalnie, tautologicznie i bezużytecznie. I może to jeszcze zbyt wcześnie na ocenę poziomu edukacji, bo dopiero zaczynam trzeci rok, ale zaczynam poważnie wątpić. I zastanawia się, czy przypadkiem nie jest tak, że na tych studiach młodzi ludzie, kształceni na pełnych oczywistości, banałów i nieprzydatnej wiedzy pracach psychologów są przygotowywani do pisania kolejnych serii banałów. Jeden wielki zastój.
Nie mówię oczywiście, że te studia w ogóle niczego nie uczą. Trafi się czasem kilka ciekawych faktów. Ale trzeba na nie czekać, wypatrywać ich łapczywie, umieć dostrzegać je pod gruzami nudy. Większość obowiązkowych przedmiotów to zauczanie stosów nieprzydatności, większość zajęć fakultatywnych polega na wygłaszaniu referatów, których nikt nie pamięta już w trakcie samego wygłaszania. Zajęcia praktyczne, które mają trenować w nas psychologiczne umiejętności, tak naprawdę bazują na tym, co wychodzi z naszych intuicyjnych domysłów. Jestem rozczarowana i czuję, że nic ważnego nie robię, i to w dodatku nie-robię to w grupie, składającej się z ludzi doprowadzających mnie do obłędu. Oczywiście jest kilka osób, które uwielbiam. Naprawdę świetnych, miłych, zabawnych, oryginalnych i nietuzinkowych ludzi. Niestety mam wrażenie że giną one w tłumie składających się z lanserskich bogaczy, nie mających co zrobić z nadmiarem pieniędzy od mamusi i tatusia i przepijających je regularnie, świętoszkowatych, naiwnych idealistek z kompleksem misji i Niesienia Pomocy i pseudointeligentów, nastawionych na sukces niczym pies na wykopanie kości.
To nie tak, że obudziła się we mnie potrzeba samorealizacji. Ale naprawdę nie polecam nikomu tych studiów. Może to i renoma, ale jednak nie opuszcza mnie uczucie, że nie robimy tam nic ważnego. Oczywiście to nie znaczy też, że nie da się nic osiągnąć na psychologii, lub po psychologii. Ale trzeba konkretnie widzieć swój cel, dążyć do niego sukcesywnie, mieć już gotowe i zaplanowane zainteresowania i nie liczyć na to, że odnajdzie się je w trakcie studiów. A ja jakoś tego celu sama z siebie nie widzę i jestem przekonana, że nie jestem w tym odosobniona.
Po roku nauki każą wam wybrać sobie dziedzinę psychologii i temat, żeby na drugim roku napisać pracę teoretyczną. Każą wam wybrać opiekuna pracy kiedy znacie dopiero 10% grona pedagogicznego i będą się spodziewać, że już wiecie, co was interesuje. A ja się pytam, na jakiej podstawie można się tego dowiedzieć, kiedy sugerowany plan studiów dla pierwszego roku wygląda tak:
- Wstęp do psychologii (który wprowadza was w świat suchych nazwisk, dat i frazesów będących poglądami właścicieli tychże nazwisk)
- Metodologia badań psychologicznych (nie, nie robicie na tych zajęciach badań. Nie uczycie się nawet jakie są badania psychologiczne i jak je przeprowadzić. Uczycie się najbardziej ogólnego zarysu teoretycznego, polegającego na zakuwaniu metodologicznych pojęć, które można odnieść tak samo do psychologii jak i do pozostałych dziedzin)
- Biologiczne mechanizmy zachowania (przyznaję, z tych zajęć można wyczerpać trochę faktów. O tym, czym zajmuje się biologiczna strona psychologii. I dowiedzieć się, że zajmuje się ona głównie obserwacją zwierząt... a w każdym razie właśnie to wyniosłam z tych zajęć zdając egzamin końcowy na 4+)
- Logika (to w ogóle nie ma nic wspólnego z psychologią i zdaje się, że jest po prostu przedmiotem z puli "tych które humanista powinien mieć")
- Podstawowe Umiejętności Psychologiczne (miłe ćwiczenia, na których można poznać innych studentów, pośmiać się i powygłupiać, jednak nie szkolą one żadnych nowo odkrytych umiejętności, tylko bawią się w nazewnictwo tego, co i tak jest oczywiste i znane oraz w tłumaczenie tego, co wiecie intuicyjnie)
- Psychologia uczenia się i pamięci (jeszcze jeden przedmiot, który rzeczywiście pokazuje jedną ze stron psychologii, jednak jest to naprawdę bardzo wąska dziedzina psychologii, która może i rzuca garść ciekawych faktów, ale ciężko znaleźć w tym coś, o czym można by napisać pracę na 20 stron)
- Psychologia Procesów Poznawczych (co prawda- zdałam to, ale nadal kompletnie nie mam pojęcia, o czym to do cholery było... i nie jestem pewna, czy jest to kwestia Prowadzącego, przedmiotu czy mojego niewystarczającego zagłębienia w tematykę. Wstrzymam się od oceny końcowej przydatności tego przedmiotu na pierwszym roku)
- Podstawy statystyki (to nie psychologia. To statystyka. Która niewątpliwie jest potrzebna, nie przeczę tego. Jednak ciężko z tego zaczerpnąć temat do pracy rocznej, bo, jak mówiłam- to nie psychologia.)
I to by było na tyle, jeśli chodzi o listę obowiązkowych przedmiotów, które mój Wydział sugeruje do zaliczania na pierwszym roku. Co z pozostałym czasem? Bo przecież nie jest tego za wiele? No więc pozostały czas powinniście teoretycznie wypełnić zajęciami fakultatywnymi, na które się zarejestrujecie przez internet. Niestety to, co brzmi ciekawie okazuje się być przedmiotem opierającym się na rozdzieleniu niezbyt ciekawych tematów pomiędzy wszystkich studentów i zapełnieniu godzin wygłaszanymi przez studentów referatami. A bywa też tak - i niestety jest to najczęstszy problem - że zarejestrujecie się na coś, ale prowadzący/prowadząca odrzuca was z listy przyjętych. I Bóg jeden wie, na podstawie jakiego kryterium prowadzący robią selekcję, bo na pewno nie na podstawie kolejności zapisów. Mówiono mi na pierwszym roku, że robią to na podstawie roku studiów- chętniej przyjmują starszych studentów, ale to niestety też okazało się nieprawdą. Nie robią też tego alfabetycznie. Być może w tym szaleństwie jest jakaś metoda, ale kiedy odrzucono mnie z list wszystkich fakultetów, na które się rejestrowałam, straciłam motywację do złamania tego kodu.
Tak więc jeśli chcecie iść na psychologię z braku pomysłu na siebie- odradzam. Są bardzo nikłe szanse na to, że odnajdziecie ten pomysł w trakcie studiów. Prędzej pogubicie się całkowicie. Co innego oczywiście, jeśli jesteście już zorientowani- jaką dziedziną psychologii się zainteresujecie i co chcecie po tych studiach robić. Możecie też oczywiście nie uwierzyć mojej ocenie i macie do tego pełne prawo. I nie mówię, że te studia są kompletnie bezwartościowe i nikt nie potrafi tam znaleźć miejsca dla siebie... ale inaczej je sobie wyobrażałam i mogłabym przysiąc, że nie ja jedyna.
Ale nie tracę jeszcze nadziei. Mam nadzieję, że trzeci rok przyniesie miłe rozczarowanie i pokaże, że na psychologii rzeczywiście można wyrwać garść ciekawostek z paszczy nudy. Może nie Klucz Do Poznania Świata, ale przynajmniej jakąś namiastkę Klucza Do Poznania Choćby Bardzo Malutkiej Acz Ciekawej Części Świata. A tymczasem, śpijcie dobrze.
środa, 3 października 2012
Ukraine Trip, September 12
Poprzedni tydzień spędziłam na Ukrainie.
Tak się złożyło, że spędziłam tam trochę więcej czasu niż planowałam. Miało być kilka dni, wyszedł ponad tydzień, ale każdy, kto choć raz był zakochany, wie, jak to jest, kiedy spędza się czas z ukochaną osobą- jednocześnie i zamiera w miejscu i przyśpiesza jak szalony. Taki paradoks. Więc w efekcie tego zjawiska od piątku do niedzieli przesiedziałam za wschodnią granicą.
Mimo, że pochodzę ze wschodu, Ukraina i tak była dla mnie nowością. Śpieszę rozwiać wątpliwości ignorantów: nie, nie wszystko na wschód od polskiej granicy jest Rosją. Są tam też inne kraje i nawet rozróżniają się pomiędzy sobą. Co więcej, każdy ma nawet własny język i nie, nie wszędzie rządzi Putin.
Nie porównam Ukrainy z Rosją z prostej przyczyny- byłam w Rosji tylko raz, i to jako dziecko. Za to mogę ją porównać z Polską, no i oczywiście z Białorusią, gdzie się urodziłam. Moją myślą przewodnią, kiedy oceniałam kolejne elementy mojego Ukraine Trip było, że stereotypy, jak się okazuje, nie są takie znów bezpodstawne. Na psychologii uczono mnie, że stereotypy, chodź otrzymały obecnie dzięki mediom wydźwięk pejoratywny, są jednak potrzebne. Przyśpieszają przetwarzanie informacji i wstępną ocenę i nie koniecznie muszą być mylne. Powstały one - według jednej z teorii, bo psychologia kocha babranie się w 150 teoriach i nie wybieranie żadnej konkretnej - po to, żeby przyśpieszyć reakcję na bodźce. Najbardziej przydatne były one prawdopodobnie w epoce kamienia łupanego. Jaskiniowec napotykał na swojej drodze tygrysa z ostrymi zębami i myślał sobie przykładowo- skoro podobny tygrys zagryzł moją kuzynkę, z którą zamierzałem spłodzić piątkę uroczych włochatych dzieciaczków, to na pewno jest niebezpieczny, więc zamiast poznawać go bliżej i przekonywać się, czy nie jest on przypadkiem inny niż wszystkie pozostałe tygrysy, lepiej wezmę nogi za pas.
Tak więc nasze stereotypy o innych rasach i narodowościach biorą swoje korzenie - przypuszczalnie - w instynkcie przetrwania. I choć w obecnych czasach mogą oczywiście być obraźliwe i zranić kogoś, to jednak nie wszystkie są takie mylne, i sama się o tym przekonałam.
Przede wszystkim... drogi. Myślicie pewnie, że w Polsce są najgorsze drogi, najwięcej dziur, najtańszy i najgorszej nawierzchni asfalt. Nic bardziej mylnego. Podróż do miejscowości, w której teraz mieszka mój ukochany trwała około 14 godzin. Wyruszyłam o 17, bardzo zmęczona, bo po całym dniu pracy. Przysnęłam około 22 i przespałam słodko dwie godziny aż do granicy. Na granicy oczywiście musieli nam poświecić światłem w oczy i sprawdzić paszporty, ale trwało to zaskakująco szybko (albo to ja byłam taka zmęczona, że przegapiłam całą ceremonię). Myślałam sobie- oj tam, ruszymy i do samego Ternopilu będę spać jak zabita. O słodka naiwności. Nie zmrużyłam oka na dłużej niż minutę odkąd znaleźliśmy się na ukraińskim asfalcie, bo ilekroć przysypiałam, autobus robił niemalże salto, nurkując w kolejnej dziurze i wylatując z niej z impetem skoczka narciarskiego.
Nie będę się rozpisywać o pogodzie, a było fatalnie zimno, bo to już po prostu kwestia klimatu i pory roku. Za to chętnie opowiem o jedzeniu, bo jestem wybredną smakoszką i wbrew mojej niemal anorektycznej figurze-naprawdę lubię jeść. Z czym jest kojarzona Ukraina na świecie? Z chlebem i słoniną. I co czytamy w menu w najlepszej restauracji? Jednym z podpunktów na liście dań jest oczywiście chleb ze słoniną. Myślałam- przypadek, ale sytuacja powtórzyła się w innej restauracji, już mniejszej. Otwieramy menu, a tam propozycje dań obiadowych. Na samym dole dopisek, po Ukraińsku, ale zrozumiałam: "na przygotowanie wszystkich wymienionych dań trzeba poczekać, jednak ekspresowym obiadowym daniem będzie chleb ze słoniną". I naprawdę, to nie żart, wśród dań obiadowych figurował "Chleb ze słoniną". Uroczo.
Za to jedzenie, w większości, jest naprawdę smaczne, a jeśli dać kilka hrywien napiwku kelnerowi (1 zł = około 2,5 hrywny), będzie dbał o to, żebyście dostawali najlepsze kąski. Albo po prostu poszczęściło nam się z kelnerem- ciężko powiedzieć. Ale rzeczywiście jest i smacznie i niedrogo, bo za około 50 zł dwie osoby mogą spokojnie się najeść daniem obiadowym (nie, nie chleb ze słoniną, uprzedzę docinki) plus na deser szarlotka z lodami plus napoje. Oczywiście zdarzają się też niewypały. Raz na przykład, z ciekawości, zamówiłam coś figurującego pod nazwą "kurze gniazdko". Opisane było bardzo fajnie: sos śmietanowy, cebula, czosnek, ziemniaki, kurczak. W rzeczywistości moje gniazdko okazało się frytkami utopionymi w głębokim talerzu z czymś na kształt zupy bez konkretnego smaku i ze strzępami gotowanego kurzego mięsa na samym dnie. Ale niewypały zdarzają się wszędzie.
Ogólnie, nie wiem, jak to wygląda z pozostałymi miastami, ale Ternopil ma swój specyficzny klimat miasteczka, które jak gdyby zatrzymało się w czasie i nie słyszało o tym, że jest postęp. Podobne wrażenie odnoszę ilekroć jestem na Białorusi- po komunizmie Białorusini jak gdyby odmawiają wkroczenia w przyszłość i uświadomienia sobie, że świat się zmienia. Jednak Ternopil nie odmawia, jego po prostu nie stać na wkroczenie w dalszy świat. Poruszaliśmy się po miasteczku taksówkami, bo wcale nie jest znacząco drożej niż komunikacją miejską, a przynajmniej odrobinę bezpieczniej. Wśród samochodów przejechaliśmy się nawet Ładą, za kierownicą której siedział dziadek w naprawdę sędziwym wieku. I jadąc tym samochodem dwie rzeczy mnie zastanowiły- po pierwsze, czy ten dziadek nie jest już w tym wieku, kiedy zabierają ludziom prawo jazdy i każą wędkować, a po drugie, czy ten samochód nie jest starszy od kierowcy. Zjeżdżając z - naprawdę! - niewielkiego wzniesienia i wchodząc w - naprawdę! - łagodny zakręt, w który nawet ja, kierowca-żółtodziób, nie bałabym się wejść, dziadek zwolnił chyba do prędkości 30km/h i powolutku, ostrożnie jechał, jednocześnie bacznie patrząc po lewo i po prawo samochodu. I wiecie co? Gdyby spadł śnieg, jestem pewna, że 99% tych samochodów zostawiałaby za sobą nie dwa, a cztery ślady (wybacz kochanie za pożyczenie twojej anegdoty).
Ale Ukrainę od Białorusi odróżnia brak zapatrzenia w komunistyczny ustrój i brak widocznej na każdym kroku tęsknoty za nim. Niby jest bieda, niby jest folklor, ale w jakiś taki bardziej kulturalny sposób, bez prania ludziom mózgów. A to miłe.
Oczywiście są też inne aspekty moich obserwacji. Zbliżają się na Ukrainie wybory parlamentarne. Wszędzie pełno bilboardów z twarzami i sloganami- normalne. Jednak patrząc na mimikę i na twarz kandydatów, wszystkie te slogany wydają się być nieadekwatne, a najbardziej pasowałby napis "Jak nie zagłosujesz na mnie to cię zabiję". Innym zabawnym faktem jest to, że taniej jest tam napić się wódki niż coca-coli. I to nawet taniej jest kupić wódkę i zapojkę niż drinka wódka-cola czy wódka-sok (tzw. Wściekłe). Poza tym, drinki, które serwują, są tak mocne, że po dwóch odczuwasz takie dziwne ewolucje mięśnia w języku i degradację procesów myślowych, które normalnie obserwuje się po sporej ilości Czystej. Kolejna rzecz, to aparycja ludzi. To nie mit, ukrainki naprawdę są śliczne. A może i nie takie śliczne, ale bardzo zadbane. Naprawdę widać tam, że kobiety w każdym, dosłownie każdym wieku dbają o swoją urodę. Od najmłodszych do najbardziej sędziwych pań, wszystkie noszą make-up. Większość chodzi w sukienkach i spódniczkach, a jeśli już spodnie, to bardzo obcisłe, lub do tego odsłonięty brzuch. I choć myślałam sobie, że na wschodzie moda jest inna i może nawet wolniej dochodzi, przyznam, że nie miałam do końca racji. Widać było, że dziewczyny bardzo się starają, a nawet jeśli nie stać ich na markowe ciuchy, wyszukują takie, które może i nie mają wspaniałych metek, ale rzeczywiście dobrze wyglądają. Z facetami jest za to o wiele gorzej. Nie wiem czy większość z nich kiedykolwiek słyszeli o pojęciu "moda". I o ile dziewczyny są grupą w miarę homogeniczną pod względem zadbania i mało kto się wybija, to faceci rozwarstwiają się na tych bardzo nadzianych i dbających o to żeby widać było ich status materialny w każdym szczególe, oraz tych... pozostałych. Na porządku dziennym tam jest, że prześliczna, zadbana dziewczyna idzie pod ramię z chłopakiem, który w Polsce zasłużyłby na określenie "lump". Wieczorami lokale wypełniają się po brzegi ładnymi dziewczynami, ubranymi z jasnym przekazem "chcę przyciągać uwagę". A faceci przychodzą jakby przed chwilą grzebali w silniku starej łady. No i biedne dziewczyny, "z braku laku" muszą decydować się na to, co się do nich zaleca, bo jak wiadomo, tych bogatych i dbających o siebie na wszystkie nie wystarczy. Trudno.
Wracając do Polski zobaczyłam, że na granicach naprawdę po coś przeglądają dokumenty i naprawdę tego przestrzegają. Na szczęście - nie na własnym przykładzie, ale zawsze. Polski celnik zebrał paszporty (jechałam pksem z masą zarówno Polaków jak i Ukraińców) i oglądał je jakieś dwie godziny (w sumie spędziłam 4 godziny na granicy). W końcu przyszedł i jednej ukraińskiej pani kazał opuścić pojazd i skombinować sobie powrót do domu. Wszystko zupełnie poważnie- wystawili jej rzeczy z bagażnika, wręczyli do ręki, oddali paszport i skreślili z listy pasażerów w autobusie. Ciekawa jestem, jak sobie potem poradziła i jak wróciła do Ternopila.
Cały mój Trip był ciekawym doświadczeniem. Może i nie nazwiedzałam się, ale liznęłam trochę Ukrainy i to naprawdę było coś innego. Mam nadzieję, że - jeśli i nie zachęciłam - to przynajmniej oddałam wam ten klimat i zabawiłam was opowieścią.
Tak się złożyło, że spędziłam tam trochę więcej czasu niż planowałam. Miało być kilka dni, wyszedł ponad tydzień, ale każdy, kto choć raz był zakochany, wie, jak to jest, kiedy spędza się czas z ukochaną osobą- jednocześnie i zamiera w miejscu i przyśpiesza jak szalony. Taki paradoks. Więc w efekcie tego zjawiska od piątku do niedzieli przesiedziałam za wschodnią granicą.
Mimo, że pochodzę ze wschodu, Ukraina i tak była dla mnie nowością. Śpieszę rozwiać wątpliwości ignorantów: nie, nie wszystko na wschód od polskiej granicy jest Rosją. Są tam też inne kraje i nawet rozróżniają się pomiędzy sobą. Co więcej, każdy ma nawet własny język i nie, nie wszędzie rządzi Putin.
Nie porównam Ukrainy z Rosją z prostej przyczyny- byłam w Rosji tylko raz, i to jako dziecko. Za to mogę ją porównać z Polską, no i oczywiście z Białorusią, gdzie się urodziłam. Moją myślą przewodnią, kiedy oceniałam kolejne elementy mojego Ukraine Trip było, że stereotypy, jak się okazuje, nie są takie znów bezpodstawne. Na psychologii uczono mnie, że stereotypy, chodź otrzymały obecnie dzięki mediom wydźwięk pejoratywny, są jednak potrzebne. Przyśpieszają przetwarzanie informacji i wstępną ocenę i nie koniecznie muszą być mylne. Powstały one - według jednej z teorii, bo psychologia kocha babranie się w 150 teoriach i nie wybieranie żadnej konkretnej - po to, żeby przyśpieszyć reakcję na bodźce. Najbardziej przydatne były one prawdopodobnie w epoce kamienia łupanego. Jaskiniowec napotykał na swojej drodze tygrysa z ostrymi zębami i myślał sobie przykładowo- skoro podobny tygrys zagryzł moją kuzynkę, z którą zamierzałem spłodzić piątkę uroczych włochatych dzieciaczków, to na pewno jest niebezpieczny, więc zamiast poznawać go bliżej i przekonywać się, czy nie jest on przypadkiem inny niż wszystkie pozostałe tygrysy, lepiej wezmę nogi za pas.
Tak więc nasze stereotypy o innych rasach i narodowościach biorą swoje korzenie - przypuszczalnie - w instynkcie przetrwania. I choć w obecnych czasach mogą oczywiście być obraźliwe i zranić kogoś, to jednak nie wszystkie są takie mylne, i sama się o tym przekonałam.
Przede wszystkim... drogi. Myślicie pewnie, że w Polsce są najgorsze drogi, najwięcej dziur, najtańszy i najgorszej nawierzchni asfalt. Nic bardziej mylnego. Podróż do miejscowości, w której teraz mieszka mój ukochany trwała około 14 godzin. Wyruszyłam o 17, bardzo zmęczona, bo po całym dniu pracy. Przysnęłam około 22 i przespałam słodko dwie godziny aż do granicy. Na granicy oczywiście musieli nam poświecić światłem w oczy i sprawdzić paszporty, ale trwało to zaskakująco szybko (albo to ja byłam taka zmęczona, że przegapiłam całą ceremonię). Myślałam sobie- oj tam, ruszymy i do samego Ternopilu będę spać jak zabita. O słodka naiwności. Nie zmrużyłam oka na dłużej niż minutę odkąd znaleźliśmy się na ukraińskim asfalcie, bo ilekroć przysypiałam, autobus robił niemalże salto, nurkując w kolejnej dziurze i wylatując z niej z impetem skoczka narciarskiego.
Nie będę się rozpisywać o pogodzie, a było fatalnie zimno, bo to już po prostu kwestia klimatu i pory roku. Za to chętnie opowiem o jedzeniu, bo jestem wybredną smakoszką i wbrew mojej niemal anorektycznej figurze-naprawdę lubię jeść. Z czym jest kojarzona Ukraina na świecie? Z chlebem i słoniną. I co czytamy w menu w najlepszej restauracji? Jednym z podpunktów na liście dań jest oczywiście chleb ze słoniną. Myślałam- przypadek, ale sytuacja powtórzyła się w innej restauracji, już mniejszej. Otwieramy menu, a tam propozycje dań obiadowych. Na samym dole dopisek, po Ukraińsku, ale zrozumiałam: "na przygotowanie wszystkich wymienionych dań trzeba poczekać, jednak ekspresowym obiadowym daniem będzie chleb ze słoniną". I naprawdę, to nie żart, wśród dań obiadowych figurował "Chleb ze słoniną". Uroczo.
Za to jedzenie, w większości, jest naprawdę smaczne, a jeśli dać kilka hrywien napiwku kelnerowi (1 zł = około 2,5 hrywny), będzie dbał o to, żebyście dostawali najlepsze kąski. Albo po prostu poszczęściło nam się z kelnerem- ciężko powiedzieć. Ale rzeczywiście jest i smacznie i niedrogo, bo za około 50 zł dwie osoby mogą spokojnie się najeść daniem obiadowym (nie, nie chleb ze słoniną, uprzedzę docinki) plus na deser szarlotka z lodami plus napoje. Oczywiście zdarzają się też niewypały. Raz na przykład, z ciekawości, zamówiłam coś figurującego pod nazwą "kurze gniazdko". Opisane było bardzo fajnie: sos śmietanowy, cebula, czosnek, ziemniaki, kurczak. W rzeczywistości moje gniazdko okazało się frytkami utopionymi w głębokim talerzu z czymś na kształt zupy bez konkretnego smaku i ze strzępami gotowanego kurzego mięsa na samym dnie. Ale niewypały zdarzają się wszędzie.
Ogólnie, nie wiem, jak to wygląda z pozostałymi miastami, ale Ternopil ma swój specyficzny klimat miasteczka, które jak gdyby zatrzymało się w czasie i nie słyszało o tym, że jest postęp. Podobne wrażenie odnoszę ilekroć jestem na Białorusi- po komunizmie Białorusini jak gdyby odmawiają wkroczenia w przyszłość i uświadomienia sobie, że świat się zmienia. Jednak Ternopil nie odmawia, jego po prostu nie stać na wkroczenie w dalszy świat. Poruszaliśmy się po miasteczku taksówkami, bo wcale nie jest znacząco drożej niż komunikacją miejską, a przynajmniej odrobinę bezpieczniej. Wśród samochodów przejechaliśmy się nawet Ładą, za kierownicą której siedział dziadek w naprawdę sędziwym wieku. I jadąc tym samochodem dwie rzeczy mnie zastanowiły- po pierwsze, czy ten dziadek nie jest już w tym wieku, kiedy zabierają ludziom prawo jazdy i każą wędkować, a po drugie, czy ten samochód nie jest starszy od kierowcy. Zjeżdżając z - naprawdę! - niewielkiego wzniesienia i wchodząc w - naprawdę! - łagodny zakręt, w który nawet ja, kierowca-żółtodziób, nie bałabym się wejść, dziadek zwolnił chyba do prędkości 30km/h i powolutku, ostrożnie jechał, jednocześnie bacznie patrząc po lewo i po prawo samochodu. I wiecie co? Gdyby spadł śnieg, jestem pewna, że 99% tych samochodów zostawiałaby za sobą nie dwa, a cztery ślady (wybacz kochanie za pożyczenie twojej anegdoty).
Ale Ukrainę od Białorusi odróżnia brak zapatrzenia w komunistyczny ustrój i brak widocznej na każdym kroku tęsknoty za nim. Niby jest bieda, niby jest folklor, ale w jakiś taki bardziej kulturalny sposób, bez prania ludziom mózgów. A to miłe.
Oczywiście są też inne aspekty moich obserwacji. Zbliżają się na Ukrainie wybory parlamentarne. Wszędzie pełno bilboardów z twarzami i sloganami- normalne. Jednak patrząc na mimikę i na twarz kandydatów, wszystkie te slogany wydają się być nieadekwatne, a najbardziej pasowałby napis "Jak nie zagłosujesz na mnie to cię zabiję". Innym zabawnym faktem jest to, że taniej jest tam napić się wódki niż coca-coli. I to nawet taniej jest kupić wódkę i zapojkę niż drinka wódka-cola czy wódka-sok (tzw. Wściekłe). Poza tym, drinki, które serwują, są tak mocne, że po dwóch odczuwasz takie dziwne ewolucje mięśnia w języku i degradację procesów myślowych, które normalnie obserwuje się po sporej ilości Czystej. Kolejna rzecz, to aparycja ludzi. To nie mit, ukrainki naprawdę są śliczne. A może i nie takie śliczne, ale bardzo zadbane. Naprawdę widać tam, że kobiety w każdym, dosłownie każdym wieku dbają o swoją urodę. Od najmłodszych do najbardziej sędziwych pań, wszystkie noszą make-up. Większość chodzi w sukienkach i spódniczkach, a jeśli już spodnie, to bardzo obcisłe, lub do tego odsłonięty brzuch. I choć myślałam sobie, że na wschodzie moda jest inna i może nawet wolniej dochodzi, przyznam, że nie miałam do końca racji. Widać było, że dziewczyny bardzo się starają, a nawet jeśli nie stać ich na markowe ciuchy, wyszukują takie, które może i nie mają wspaniałych metek, ale rzeczywiście dobrze wyglądają. Z facetami jest za to o wiele gorzej. Nie wiem czy większość z nich kiedykolwiek słyszeli o pojęciu "moda". I o ile dziewczyny są grupą w miarę homogeniczną pod względem zadbania i mało kto się wybija, to faceci rozwarstwiają się na tych bardzo nadzianych i dbających o to żeby widać było ich status materialny w każdym szczególe, oraz tych... pozostałych. Na porządku dziennym tam jest, że prześliczna, zadbana dziewczyna idzie pod ramię z chłopakiem, który w Polsce zasłużyłby na określenie "lump". Wieczorami lokale wypełniają się po brzegi ładnymi dziewczynami, ubranymi z jasnym przekazem "chcę przyciągać uwagę". A faceci przychodzą jakby przed chwilą grzebali w silniku starej łady. No i biedne dziewczyny, "z braku laku" muszą decydować się na to, co się do nich zaleca, bo jak wiadomo, tych bogatych i dbających o siebie na wszystkie nie wystarczy. Trudno.
Wracając do Polski zobaczyłam, że na granicach naprawdę po coś przeglądają dokumenty i naprawdę tego przestrzegają. Na szczęście - nie na własnym przykładzie, ale zawsze. Polski celnik zebrał paszporty (jechałam pksem z masą zarówno Polaków jak i Ukraińców) i oglądał je jakieś dwie godziny (w sumie spędziłam 4 godziny na granicy). W końcu przyszedł i jednej ukraińskiej pani kazał opuścić pojazd i skombinować sobie powrót do domu. Wszystko zupełnie poważnie- wystawili jej rzeczy z bagażnika, wręczyli do ręki, oddali paszport i skreślili z listy pasażerów w autobusie. Ciekawa jestem, jak sobie potem poradziła i jak wróciła do Ternopila.
Cały mój Trip był ciekawym doświadczeniem. Może i nie nazwiedzałam się, ale liznęłam trochę Ukrainy i to naprawdę było coś innego. Mam nadzieję, że - jeśli i nie zachęciłam - to przynajmniej oddałam wam ten klimat i zabawiłam was opowieścią.
wtorek, 11 września 2012
Sentymentalizm, PMS i chaos
Dziwnie się czuję.
Właśnie napisałam bardzo długą wypowiedź o tym jak to wszystko było wspaniale na początku mojego 2 roku akademickiego i jak bardzo wszystko po drodze się schrzaniło. Wyszło pół strony dobrego tekstu, który nagle, w porywie nagłej zmiany, przerywając w pół słowa pisanie- po prostu wykasowałam, aż do pierwszej frazy o tym, że dziwnie się czuję. Bo rzeczywiście czuję się dziwnie i nie najlepiej pod względem psychicznym, ale zaraz, zaraz... czy ja naprawdę zamierzałam opublikować te pół strony narzekania i płakania nad tym, jak to wszystko się ostatnio w moim życiu chrzaniło?
Oj chyba nie.
Zdecydowanie nie.
Więc cofamy, kasujemy, i zaczynamy od początku, chociaż właściwie, to nie mogę nawet złapać żadnej konkretnej myśli, która miałaby to wszystko rozpocząć. Nie wiem, czego to jest kwestią- faktu, że moje przepony w uszach właśnie niszczy puszczony na maksymalną głośność dubstep, czy tego, że pół godziny temu leczyłam moje napięcie przedmiesiączkowe naturalnymi, ziołowymi metodami.
Głupia to jest sprawa, takie napięcie. Faceci się z tego śmieją i pukają się w głowę, i ja normalnie też bym się pukała w głowę- bo kto to myślał, żeby jakieś głupie hormony mogły człowiekowi mieszać w głowie czy w emocjach. I to aż na tyle żeby kobieta niemal straciła zdolność do logicznego wyciągania wniosków. Brzmi kuriozalnie... a jednak to prawda.
Faktem jest, że jestem osobą bardzo podatną na emocje, jednak w normalnych warunkach schlebiam sobie, że potrafię się zastanowić nad tym, czy warto się aż tak unosić. Ale niestety tylko w normalnych warunkach. Nie wiem co to za siła, te hormony, ale jest okrutna, zmuszając mnie do tego żebym bez namysłu wywalała wszystko co myślę, płakała bo chcę coś mieć, płakała jeśli tego nie dostanę, płakała jeśli to dostanę, bo jednak już nie chcę, tylko chcę coś innego, śmiała się i była przeszczęśliwa bo jednak coś chciałam i coś się ułożyło, a potem dochodziła do wniosku, że jednak życie jest tragiczne, a moja egzystencja bezsensowna. A najgorsze jest to, że nigdy się nie orientuję kiedy się zaczyna, bo skrada się malutkimi krokami i to najczęściej kiedy i tak mam w życiu pewne problemy. Więc zajmuję się na tych problemach i to skupiam się tak bardzo że wchodzę z nie w głową, nie pamiętając o niczym innym. Wreszcie problemy jakoś się rozwiązują, ale wszystkie nabrzmiałe emocje nie odchodzą sobie z oddechem ulgi, tylko siedzą w środku i szukają ujścia. Zauważam PMS zazwyczaj kiedy zaczynam powolutku wylewać te emocje. Kiedy taka porcja się wyleje, na jakąś kompletną bzdurę, albo na coś co może i potrzebowało emocji, ale nie aż takiej dawki. Wtedy przeżywam, a gdy już troszeczkę opadną, myślę sobie- czemu aż tak się tym przejęłam? Czemu aż tak mi smutno, czemu jestem aż tak zła?
A potem liczę w kalendarzu dni i wszystko staje się jasne.
Współczuję wszystkim facetom w związkach z kobietami, które przeżywają PMS. Bo podobno nie wszystkie go przeżywają. Naprawdę, moje najszczersze kondolencje z głębi serca. Nie wyobrażam sobie że miałabym znosić jakiegoś faceta miotanego emocjami biorącymi się kompletnie bez powodu i z kosmosu, a potem jeszcze akceptować jego usprawiedliwienie, że to wina hormonów. Wyśmiałabym go w twarz i żadne najmądrzejsze artykuły medyczne albo nawet te rodem z wikipedii (która, jak wiadomo, jest źródłem największych mądrości i najrozleglejszej wiedzy) nie byłyby w stanie mnie przekonać. Anielskie muszą mieć serce ci, którzy rozumieją, akceptują i kochają dłużej niż tylko przez następne 28 dni, skrupulatnie je odliczając by nie zapomnieć o dacie ucieczki na Karaiby.
No i nadal nie złapałam żadnej myśli, ale napisałam piękna wypowiedź o napięciu przedmiesiączkowym. Kiedy siedziałam w moim pokoju na parapecie, zwieszając przez otwarte okno nogi na ulicę, jak gdybym siedziała na brzegu basenu, było mi prościej. W środku nocy, kiedy blade światło latarni ukryte było pomiędzy drzewami, a ja bezpiecznie zakamuflowana na drugim piętrze, mogłam sobie pozwolić na założenie gigantycznego T-shirta (jeszcze z czasów Instytutu Matki i Dziecka, gdzie go dostałam od wolontariuszy), ubrudzonego lakierem do paznokci (btw, do kobiet: nigdy nie próbujcie malować sobie paznokci po spożyciu jakichkolwiek używek- lakier na połowie palucha, na bluzce, na dłoniach- wszędzie pięknie zaschnięty, a na paznokciach przepięknie rozpaćkany....), na beztroskie machanie nogami, na gestykulowanie i podśpiewywanie pod dźwięk słów piosenki Grubsona. Rozpuściłam włosy, które przeczesywał mi lekko chłodny wiaterek, a ja siedziałam, machałam nogami i układałam dla was piękny wpis.
No i zapomniałam.
Za to skoro już jesteśmy przy temacie sentymentalności to odwiedziłam ostatnio kilka starych miejsc. Najpierw miejscowość w której chodziłam do liceum i samą szkołę średnią. Usiedliśmy z moim starym przyjacielem czasów licealnych na parapecie, tak jak siadaliśmy przez trzy lata nauki i obserwowaliśmy przechodzących przez korytarz ludzi. Zabawne, jak po dwóch latach, mimowolnie zachowaliśmy ten sam układ i identycznie się wychyliliśmy, jak to robiliśmy kiedyś. W tej chwili pomyślałam sobie, jak brakuje mi tych czasów, ale to chyba tylko przez sentyment do przeszłości, którą my, ludzie, mamy w zwyczaju koloryzować i idealizować. W rzeczywistości teraz chyba jednak jest mi lepiej, pewniej, samodzielniej, ale jednak miło było to wspomnieć.
A potem odwiedziłam miejscowość, w której się wychowywałam. Zabawne, właśnie mimowolnie - podświadomie zapewne - zmieniłam słuchaną piosenkę na Adele - Hometown glory. Tak, ta wioseczka do której pojechałam to ta, w której spędziłam najdłuższy okres mojego życia. Bo taki to już miałam los, że sporo się na przeprowadzałam w swoim krótkim życiu- choć mojego chłopaka to chyba nigdy nie dogonię pod tym względem. Ale z Serpelicami wiążą mnie szczególne wspomnienia. Dawnych zabaw z koleżankami, kłótni z kolegami, bo przecież chłopców się nie lubiło i nie wypadało się z nimi kumplować. Najdziwniejszych, najśmieszniejszych pomysłów. Przyjaźniłam się wtedy z taką dziewczyną, która mieszkała kilka domów ode mnie. Pewnego dnia wymyśliłyśmy z nią, że urządzimy imprezę. Byłyśmy dzieciuchy z podstawówki, może z czwartej klasy. Wystroiłyśmy się, nakupiłyśmy napojów i chipsów, ustawiłyśmy ławeczki i stolik u mnie na podwórku, żeby goście mogli usiąść i puściłyśmy muzykę na maksymalną głośność żeby można było potańczyć. Zaprosiłyśmy pół klasy, przygotowałyśmy wszystko i czekałyśmy na gości, wypatrując ich przy bramie.
Nikt nie przyjechał, więc wytańczyłyśmy się we dwie, wypiłyśmy całe picie i zjadłyśmy wszystkie chipsy. Nie wiem nawet, co takiego zabawnego jest w tej historii- nie byłyśmy jakimiś wyrzutkami, których nikt w klasie nie lubił, po prostu nikt chyba nie uwierzył w tą naszą "imprezę", na którą ewidentnie byłyśmy zbyt młode, ale jednak się chciało bawić Po Dorosłemu. Ale kiedy wspominałyśmy tą historię ostatnio z tą koleżanką i moją mamą, uśmiałyśmy się we trzy jak wariatki.
Każdy krok po Serpelicach zabierał mnie do wspomnień z dzieciństwa, i jednocześnie przypominał bardzo ostro, jak wiele czasu upłynęło od tamtej pory i jak bardzo wydoroślałam. Nie było mnie tam od pięciu, albo nawet sześciu lat. Niby mało czasu, a jednak tak bardzo się zmieniłyśmy, ja i te koleżanki, z którymi się spotkałam, tak bardzo wydoroślałyśmy. Tyle się wszystkiego wydarzyło. Siedziałyśmy i rozmawiałyśmy o wszystkim, bez ściemy. Dużo się śmiałyśmy i czułam jednocześnie, jak swobodnie mogę z nimi rozmawiać, jak gdyby nic się nie zmieniło, i to, jak bardzo się zmieniłyśmy. Ostatnio kiedy tak rozmawiałyśmy byłyśmy dziećmi. Teraz jesteśmy dorosłymi kobietami i rozmawiamy zupełnie o innych rzeczach, innym tonem. Chociaż o jednej rzeczy rozmawiałyśmy niezmiennie- o miłości.
Tak, drodzy faceci, może i nie jestem jakąś pierwszej wody romantyczką, ale niestety jest to prawdą niezaprzeczalną, że kobiety całe życie myślą i mówią o miłości. Oczywiście na pewno są jakieś wyjątki, ale tak generalnie w większości, dziewczynki od dzieciństwa o tym właśnie myślą i rozmawiają. I kultura kulturą, wszystkie tak mają. Więc i my rozmawiałyśmy o miłości, tak jak i sześć lat temu, ale tym razem z mniejszym idealizmem, nowymi oczekiwaniami i większym doświadczeniem. Chociaż jakie tam właściwie doświadczenie możemy mieć mając po 20-21 lat. Ja mam na przykład na koncie aż jeden jedyny poważny związek, trwający od ponad roku po dzień dzisiejszy i z perspektywami na dalszą przyszłość (mam nadzieję). A poza tym nawet nie ma co wymieniać. Może to i lepiej właściwie, bo w tej kwestii chyba lepiej pójść w jakość niż w ilość.
No i nie namachałam nogami nic zwięzłego, ale chyba na tym już polega urok moich wpisów, że nie są ani zwięzłe, ani skupione na żadnym temacie. Takie tam felietony o wszystkim i o niczym, wpisy do pamiętnika, zapisane myśli.
Wybaczcie za chaos i chwytanie się miliona wątków. I za przerost, miejscami, formy nad treścią- w takim jestem dziś nastroju. I idźcie spać. Wystarczy wam głupot na tą godzinę. Dobranoc.
Właśnie napisałam bardzo długą wypowiedź o tym jak to wszystko było wspaniale na początku mojego 2 roku akademickiego i jak bardzo wszystko po drodze się schrzaniło. Wyszło pół strony dobrego tekstu, który nagle, w porywie nagłej zmiany, przerywając w pół słowa pisanie- po prostu wykasowałam, aż do pierwszej frazy o tym, że dziwnie się czuję. Bo rzeczywiście czuję się dziwnie i nie najlepiej pod względem psychicznym, ale zaraz, zaraz... czy ja naprawdę zamierzałam opublikować te pół strony narzekania i płakania nad tym, jak to wszystko się ostatnio w moim życiu chrzaniło?
Oj chyba nie.
Zdecydowanie nie.
Więc cofamy, kasujemy, i zaczynamy od początku, chociaż właściwie, to nie mogę nawet złapać żadnej konkretnej myśli, która miałaby to wszystko rozpocząć. Nie wiem, czego to jest kwestią- faktu, że moje przepony w uszach właśnie niszczy puszczony na maksymalną głośność dubstep, czy tego, że pół godziny temu leczyłam moje napięcie przedmiesiączkowe naturalnymi, ziołowymi metodami.
Głupia to jest sprawa, takie napięcie. Faceci się z tego śmieją i pukają się w głowę, i ja normalnie też bym się pukała w głowę- bo kto to myślał, żeby jakieś głupie hormony mogły człowiekowi mieszać w głowie czy w emocjach. I to aż na tyle żeby kobieta niemal straciła zdolność do logicznego wyciągania wniosków. Brzmi kuriozalnie... a jednak to prawda.
Faktem jest, że jestem osobą bardzo podatną na emocje, jednak w normalnych warunkach schlebiam sobie, że potrafię się zastanowić nad tym, czy warto się aż tak unosić. Ale niestety tylko w normalnych warunkach. Nie wiem co to za siła, te hormony, ale jest okrutna, zmuszając mnie do tego żebym bez namysłu wywalała wszystko co myślę, płakała bo chcę coś mieć, płakała jeśli tego nie dostanę, płakała jeśli to dostanę, bo jednak już nie chcę, tylko chcę coś innego, śmiała się i była przeszczęśliwa bo jednak coś chciałam i coś się ułożyło, a potem dochodziła do wniosku, że jednak życie jest tragiczne, a moja egzystencja bezsensowna. A najgorsze jest to, że nigdy się nie orientuję kiedy się zaczyna, bo skrada się malutkimi krokami i to najczęściej kiedy i tak mam w życiu pewne problemy. Więc zajmuję się na tych problemach i to skupiam się tak bardzo że wchodzę z nie w głową, nie pamiętając o niczym innym. Wreszcie problemy jakoś się rozwiązują, ale wszystkie nabrzmiałe emocje nie odchodzą sobie z oddechem ulgi, tylko siedzą w środku i szukają ujścia. Zauważam PMS zazwyczaj kiedy zaczynam powolutku wylewać te emocje. Kiedy taka porcja się wyleje, na jakąś kompletną bzdurę, albo na coś co może i potrzebowało emocji, ale nie aż takiej dawki. Wtedy przeżywam, a gdy już troszeczkę opadną, myślę sobie- czemu aż tak się tym przejęłam? Czemu aż tak mi smutno, czemu jestem aż tak zła?
A potem liczę w kalendarzu dni i wszystko staje się jasne.
Współczuję wszystkim facetom w związkach z kobietami, które przeżywają PMS. Bo podobno nie wszystkie go przeżywają. Naprawdę, moje najszczersze kondolencje z głębi serca. Nie wyobrażam sobie że miałabym znosić jakiegoś faceta miotanego emocjami biorącymi się kompletnie bez powodu i z kosmosu, a potem jeszcze akceptować jego usprawiedliwienie, że to wina hormonów. Wyśmiałabym go w twarz i żadne najmądrzejsze artykuły medyczne albo nawet te rodem z wikipedii (która, jak wiadomo, jest źródłem największych mądrości i najrozleglejszej wiedzy) nie byłyby w stanie mnie przekonać. Anielskie muszą mieć serce ci, którzy rozumieją, akceptują i kochają dłużej niż tylko przez następne 28 dni, skrupulatnie je odliczając by nie zapomnieć o dacie ucieczki na Karaiby.
No i nadal nie złapałam żadnej myśli, ale napisałam piękna wypowiedź o napięciu przedmiesiączkowym. Kiedy siedziałam w moim pokoju na parapecie, zwieszając przez otwarte okno nogi na ulicę, jak gdybym siedziała na brzegu basenu, było mi prościej. W środku nocy, kiedy blade światło latarni ukryte było pomiędzy drzewami, a ja bezpiecznie zakamuflowana na drugim piętrze, mogłam sobie pozwolić na założenie gigantycznego T-shirta (jeszcze z czasów Instytutu Matki i Dziecka, gdzie go dostałam od wolontariuszy), ubrudzonego lakierem do paznokci (btw, do kobiet: nigdy nie próbujcie malować sobie paznokci po spożyciu jakichkolwiek używek- lakier na połowie palucha, na bluzce, na dłoniach- wszędzie pięknie zaschnięty, a na paznokciach przepięknie rozpaćkany....), na beztroskie machanie nogami, na gestykulowanie i podśpiewywanie pod dźwięk słów piosenki Grubsona. Rozpuściłam włosy, które przeczesywał mi lekko chłodny wiaterek, a ja siedziałam, machałam nogami i układałam dla was piękny wpis.
No i zapomniałam.
Za to skoro już jesteśmy przy temacie sentymentalności to odwiedziłam ostatnio kilka starych miejsc. Najpierw miejscowość w której chodziłam do liceum i samą szkołę średnią. Usiedliśmy z moim starym przyjacielem czasów licealnych na parapecie, tak jak siadaliśmy przez trzy lata nauki i obserwowaliśmy przechodzących przez korytarz ludzi. Zabawne, jak po dwóch latach, mimowolnie zachowaliśmy ten sam układ i identycznie się wychyliliśmy, jak to robiliśmy kiedyś. W tej chwili pomyślałam sobie, jak brakuje mi tych czasów, ale to chyba tylko przez sentyment do przeszłości, którą my, ludzie, mamy w zwyczaju koloryzować i idealizować. W rzeczywistości teraz chyba jednak jest mi lepiej, pewniej, samodzielniej, ale jednak miło było to wspomnieć.
A potem odwiedziłam miejscowość, w której się wychowywałam. Zabawne, właśnie mimowolnie - podświadomie zapewne - zmieniłam słuchaną piosenkę na Adele - Hometown glory. Tak, ta wioseczka do której pojechałam to ta, w której spędziłam najdłuższy okres mojego życia. Bo taki to już miałam los, że sporo się na przeprowadzałam w swoim krótkim życiu- choć mojego chłopaka to chyba nigdy nie dogonię pod tym względem. Ale z Serpelicami wiążą mnie szczególne wspomnienia. Dawnych zabaw z koleżankami, kłótni z kolegami, bo przecież chłopców się nie lubiło i nie wypadało się z nimi kumplować. Najdziwniejszych, najśmieszniejszych pomysłów. Przyjaźniłam się wtedy z taką dziewczyną, która mieszkała kilka domów ode mnie. Pewnego dnia wymyśliłyśmy z nią, że urządzimy imprezę. Byłyśmy dzieciuchy z podstawówki, może z czwartej klasy. Wystroiłyśmy się, nakupiłyśmy napojów i chipsów, ustawiłyśmy ławeczki i stolik u mnie na podwórku, żeby goście mogli usiąść i puściłyśmy muzykę na maksymalną głośność żeby można było potańczyć. Zaprosiłyśmy pół klasy, przygotowałyśmy wszystko i czekałyśmy na gości, wypatrując ich przy bramie.
Nikt nie przyjechał, więc wytańczyłyśmy się we dwie, wypiłyśmy całe picie i zjadłyśmy wszystkie chipsy. Nie wiem nawet, co takiego zabawnego jest w tej historii- nie byłyśmy jakimiś wyrzutkami, których nikt w klasie nie lubił, po prostu nikt chyba nie uwierzył w tą naszą "imprezę", na którą ewidentnie byłyśmy zbyt młode, ale jednak się chciało bawić Po Dorosłemu. Ale kiedy wspominałyśmy tą historię ostatnio z tą koleżanką i moją mamą, uśmiałyśmy się we trzy jak wariatki.
Każdy krok po Serpelicach zabierał mnie do wspomnień z dzieciństwa, i jednocześnie przypominał bardzo ostro, jak wiele czasu upłynęło od tamtej pory i jak bardzo wydoroślałam. Nie było mnie tam od pięciu, albo nawet sześciu lat. Niby mało czasu, a jednak tak bardzo się zmieniłyśmy, ja i te koleżanki, z którymi się spotkałam, tak bardzo wydoroślałyśmy. Tyle się wszystkiego wydarzyło. Siedziałyśmy i rozmawiałyśmy o wszystkim, bez ściemy. Dużo się śmiałyśmy i czułam jednocześnie, jak swobodnie mogę z nimi rozmawiać, jak gdyby nic się nie zmieniło, i to, jak bardzo się zmieniłyśmy. Ostatnio kiedy tak rozmawiałyśmy byłyśmy dziećmi. Teraz jesteśmy dorosłymi kobietami i rozmawiamy zupełnie o innych rzeczach, innym tonem. Chociaż o jednej rzeczy rozmawiałyśmy niezmiennie- o miłości.
Tak, drodzy faceci, może i nie jestem jakąś pierwszej wody romantyczką, ale niestety jest to prawdą niezaprzeczalną, że kobiety całe życie myślą i mówią o miłości. Oczywiście na pewno są jakieś wyjątki, ale tak generalnie w większości, dziewczynki od dzieciństwa o tym właśnie myślą i rozmawiają. I kultura kulturą, wszystkie tak mają. Więc i my rozmawiałyśmy o miłości, tak jak i sześć lat temu, ale tym razem z mniejszym idealizmem, nowymi oczekiwaniami i większym doświadczeniem. Chociaż jakie tam właściwie doświadczenie możemy mieć mając po 20-21 lat. Ja mam na przykład na koncie aż jeden jedyny poważny związek, trwający od ponad roku po dzień dzisiejszy i z perspektywami na dalszą przyszłość (mam nadzieję). A poza tym nawet nie ma co wymieniać. Może to i lepiej właściwie, bo w tej kwestii chyba lepiej pójść w jakość niż w ilość.
No i nie namachałam nogami nic zwięzłego, ale chyba na tym już polega urok moich wpisów, że nie są ani zwięzłe, ani skupione na żadnym temacie. Takie tam felietony o wszystkim i o niczym, wpisy do pamiętnika, zapisane myśli.
Wybaczcie za chaos i chwytanie się miliona wątków. I za przerost, miejscami, formy nad treścią- w takim jestem dziś nastroju. I idźcie spać. Wystarczy wam głupot na tą godzinę. Dobranoc.
piątek, 25 maja 2012
Plusy i minusy
No i jestem na oddziale. Tam, gdzie powinnam była wylądować jeszcze jakiś czas temu, ale ciągle jakoś się odwlekało.
Zabawna rzecz. Trafiając do lekarza tyle się człowiek o sobie nasłucha rzeczy zupełnie niezwiązanych ze swoim stanem zdrowia. A to że waży tyle co dobry kurczak. A to że ma bardzo małe uszy.
Generalnie chorowanie może mieć swoje plusy. Np. już od półtorej roku jeżdżę po Warszawie za darmo każdym rodzajem transportu publicznego. To spora oszczędność. No i jest też renta i stypendia dla niepełnosprawnych. A w pracy dostaję tyle wolnego ile potrzebuję (pracuję na zlecenie, więc nie jest to traktowane jako urlop czy coś) bez jakichkolwiek konsekwencji. Poza tym, że mniej zarobię, ale to logiczne- skoro mniej godzin przepracuję to i mniej kasy dostanę. W wielu rzeczach mam uproszczone życie, zwłaszcza jeśli chodzi o kasę. Moi rozwiedzeni rodzice dają mi tylko tyle kasy, ile kosztuje mi opłacenie mieszkania+rachunek za telefon. Oczywiście jeśli chodzi o mamę, zawsze mogę liczyć na jakieś dodatkowe pieniądze, ale nie jestem już aż tak uzależniona. A w każdym razie nie aż tak jak większość moich znajomych. Więc są plusy.
Ale są też minusy. W pracy jest mi ciężej niż innym. A prawie połowa renty idzie na opłacenie leków, których potrzebuję. No i nie wiem, jak długo jeszcze dam radę żyć na pełnych obrotach z tym całym studiowaniem i zarabianiem. Poza tym, jak jesteś chory, część osób postrzega cię przez pryzmat niepełnosprawnego i albo próbuje twoim kosztem zasłużyć sobie miejsce w niebie (czy cokolwiek tam oni próbują osiągnąć tą swoją przesadną do porzygu życzliwością), albo odsuwa się od ciebie. Przyznam, z wiekiem spotyka mnie coraz mniej reakcji odsuwania się ludzi, ale generalnie, większość osób nie umie się zachować i nie wie, co powiedzieć. Np. ile razy widziałam zaszokowane spojrzenia moich znajomych, którzy niedawno się dowiedzieli, że jestem chora i właśnie obserwowali jak na ich oczach spożywam - ach! - alkohol na imprezie. Zresztą takie reakcje to jeszcze pół biedy, bo bywa jeszcze gorzej. Trafiają się ludzie w ogóle nie zaznajomieni z najbardziej podstawowym pojęciem taktu. Np. poznałam rok temu pewną dziewczynę- jest to znajomość bardzo luźna, byłyśmy narażone na bliższy kontakt tylko przez kilka miesięcy, a teraz już nie widujemy się wcale. Ta dziewczyna, kiedy dowiedziała się, że jestem nieuleczalnie chora, zapytała mnie wprost (nie, nie parafrazuję teraz jej pytania) kiedy umrę. Chcąc sobie z niej pokpić odpowiedziałam coś w stylu "nie znasz dnia ani godziny", i że równie dobrze ona może jutro umrzeć, wpadając pod ciężarówkę. Była wielce urażona moją sugestią, odpowiedziała mi "no wiesz co!" strasznie oburzonym tonem, ale osiągnęłam zamierzony efekt. Miałam spokój. I może w normalnych warunkach nie przejęłabym się tym tak, ale to było tuż po śmierci mojej Olki. Jeszcze w tym okresie, kiedy ciągle płakałam na widok jej zdjęcia...
Ale takie zachowania są pojedyncze, a ujawniając się ze swoją chorobą można też znaleźć parę naprawdę świetnych osób, które wiedzą, co powiedzieć i jak pomóc. Parę osób, na które zawsze można liczyć. I byłabym nawet skłonna powiedzieć, że chorowanie nie jest aż takie złe, gdybym nie odkryła ostatnio (przeglądając papiery i czytając wydruki wyników starych badań), że w ciągu ostatniego pół roku wydolność płuc spadła mi o 18%.
Prawdopodobnie będę teraz pisać trochę częściej na blogu. Mam nadzieję, że nie przytłoczyła was zmiana serwera i adresu bloga i że nie straciłam zbyt wielu moich czytelników (bo przecież jakichś tam na pewno mam). Jak zwykle, zachęcam was do komentowania, bo właściwie, to i tak mi się nudzi (powinnam teraz pisać pracę roczną, zamiast wpis na bloga, no ale nieważne).
Trzymajcie się.
Zabawna rzecz. Trafiając do lekarza tyle się człowiek o sobie nasłucha rzeczy zupełnie niezwiązanych ze swoim stanem zdrowia. A to że waży tyle co dobry kurczak. A to że ma bardzo małe uszy.
Generalnie chorowanie może mieć swoje plusy. Np. już od półtorej roku jeżdżę po Warszawie za darmo każdym rodzajem transportu publicznego. To spora oszczędność. No i jest też renta i stypendia dla niepełnosprawnych. A w pracy dostaję tyle wolnego ile potrzebuję (pracuję na zlecenie, więc nie jest to traktowane jako urlop czy coś) bez jakichkolwiek konsekwencji. Poza tym, że mniej zarobię, ale to logiczne- skoro mniej godzin przepracuję to i mniej kasy dostanę. W wielu rzeczach mam uproszczone życie, zwłaszcza jeśli chodzi o kasę. Moi rozwiedzeni rodzice dają mi tylko tyle kasy, ile kosztuje mi opłacenie mieszkania+rachunek za telefon. Oczywiście jeśli chodzi o mamę, zawsze mogę liczyć na jakieś dodatkowe pieniądze, ale nie jestem już aż tak uzależniona. A w każdym razie nie aż tak jak większość moich znajomych. Więc są plusy.
Ale są też minusy. W pracy jest mi ciężej niż innym. A prawie połowa renty idzie na opłacenie leków, których potrzebuję. No i nie wiem, jak długo jeszcze dam radę żyć na pełnych obrotach z tym całym studiowaniem i zarabianiem. Poza tym, jak jesteś chory, część osób postrzega cię przez pryzmat niepełnosprawnego i albo próbuje twoim kosztem zasłużyć sobie miejsce w niebie (czy cokolwiek tam oni próbują osiągnąć tą swoją przesadną do porzygu życzliwością), albo odsuwa się od ciebie. Przyznam, z wiekiem spotyka mnie coraz mniej reakcji odsuwania się ludzi, ale generalnie, większość osób nie umie się zachować i nie wie, co powiedzieć. Np. ile razy widziałam zaszokowane spojrzenia moich znajomych, którzy niedawno się dowiedzieli, że jestem chora i właśnie obserwowali jak na ich oczach spożywam - ach! - alkohol na imprezie. Zresztą takie reakcje to jeszcze pół biedy, bo bywa jeszcze gorzej. Trafiają się ludzie w ogóle nie zaznajomieni z najbardziej podstawowym pojęciem taktu. Np. poznałam rok temu pewną dziewczynę- jest to znajomość bardzo luźna, byłyśmy narażone na bliższy kontakt tylko przez kilka miesięcy, a teraz już nie widujemy się wcale. Ta dziewczyna, kiedy dowiedziała się, że jestem nieuleczalnie chora, zapytała mnie wprost (nie, nie parafrazuję teraz jej pytania) kiedy umrę. Chcąc sobie z niej pokpić odpowiedziałam coś w stylu "nie znasz dnia ani godziny", i że równie dobrze ona może jutro umrzeć, wpadając pod ciężarówkę. Była wielce urażona moją sugestią, odpowiedziała mi "no wiesz co!" strasznie oburzonym tonem, ale osiągnęłam zamierzony efekt. Miałam spokój. I może w normalnych warunkach nie przejęłabym się tym tak, ale to było tuż po śmierci mojej Olki. Jeszcze w tym okresie, kiedy ciągle płakałam na widok jej zdjęcia...
Ale takie zachowania są pojedyncze, a ujawniając się ze swoją chorobą można też znaleźć parę naprawdę świetnych osób, które wiedzą, co powiedzieć i jak pomóc. Parę osób, na które zawsze można liczyć. I byłabym nawet skłonna powiedzieć, że chorowanie nie jest aż takie złe, gdybym nie odkryła ostatnio (przeglądając papiery i czytając wydruki wyników starych badań), że w ciągu ostatniego pół roku wydolność płuc spadła mi o 18%.
Prawdopodobnie będę teraz pisać trochę częściej na blogu. Mam nadzieję, że nie przytłoczyła was zmiana serwera i adresu bloga i że nie straciłam zbyt wielu moich czytelników (bo przecież jakichś tam na pewno mam). Jak zwykle, zachęcam was do komentowania, bo właściwie, to i tak mi się nudzi (powinnam teraz pisać pracę roczną, zamiast wpis na bloga, no ale nieważne).
Trzymajcie się.
piątek, 18 maja 2012
Marudzenie
Brakuje mi ostatnio marudzenia.
Każdy czasami lubi sobie usiąść i pomarudzić. Ja ostatnio wkręciłam się w ogarnianie wszystkiego dookoła, a nie mogę sobie porządnie pomarudzić, tak, jakby mi się chciało. Z pytaniami naprowadzającymi w stylu "a jak się czujesz?", "i co było wtedy?", "może to przez to i to...?". Z żałowaniem mnie, oj jaka ja biedna i nieszczęśliwa. To nawet nie tak, że chcę usiąść i użalać się nad sobą cały czas, ale raz na jakiś czas, uważam, że to zdrowe, że ktoś nas może pożałować, skupić się na naszych problemach, po prostu wysłuchać i chociażby poudawać zaangażowanie.
Okej, mam chłopaka. I okej, była u mnie ostatnio przyjaciółka. I była moja mama. Ale z przyjaciółką było więcej śmiechu niż marudzenia (swoją drogą może to i lepiej, bo przecież śmiechu też potrzebuję), a reszta ma własne problemy na głowie i trudno mi się im dziwić. Ale jednak- chce mi się pobyć małą dziewczynką, która rozpacza nad tym, że podrapała sobie kolanko... Cóż, chyba już za późno na takie życzenia.
Obejrzałam niedawno "65 czerwonych róż", znowu. Nie znam Evy i nie czytałam jej bloga ani przed jej śmiercią ani po, a jednak po obejrzeniu tego filmu poczułam z nią dziwną więź. Trochę przypomina mi mnie samą, a trochę moją Olę, która też wspierała wszystkich wokół i miała mnóstwo internetowych i prawdziwych przyjaciół. Gdybym nie wiedziała, że Eva zmarła 2 lata po przeszczepie, czekając na drugi przeszczep, ten film dokumentalny byłby szalenie optymistyczny. I oglądając go po raz drugi, patrzę na niego bardziej przez taki pryzmat. Już nie ryczę w poduszkę, a rozrywam się pomiędzy dwiema opcjami.
Tak to już w życiu jest, to naturalny psychologiczny mechanizm, że uświadomienie własnej śmiertelności wzbudza w ludziach dwie reakcje, do wyboru, co kto woli. O tym były nawet ostatnie dwa, czy trzy odcinki Dr. House'a (ten serial nigdy nie przestanie mnie zachwycać tym, jak wiele poważnych i prawdziwych tematów porusza). Zrobię wam mały spoiler: najlepszy przyjaciel House'a dowiedział się, że ma raka i że zostało mu jeszcze 5 miesięcy życia. I tak oto rozrywa się pomiędzy dwiema możliwymi reakcjami. Może spędzić resztę życia na ulotnych przyjemnościach, korzystając z chwili i robiąc różne szalone rzeczy, a może poświęcić swoje życie najbliższej osobie- najlepszemu przyjacielowi, opiekując się nim i walcząc ze swoją chorobą dla niego, by móc wytrwać z nim jak najdłużej.
I wydaje mi się, że tak to już jest z każdym chorym, który dostaje "termin ważności" (wybaczcie tą przedmiotowość). Mamy do wyboru, dbać o swoje zdrowie, w nadziei, że pociągniemy jeszcze trochę, i że ta końcówka będzie wartościowa (i wybierzcie tu dowolne wartościowanie- jako ocena innych ludzi lub jako wartość, wskazująca naszą pozycję w tzw. życiu po śmierci wedle naszych zasług). Możemy też wykorzystać tą końcówkę, traktując życie i świat stricte hedonistycznie i egoistycznie. Czerpać z niego wszystko, co się da, a potem, jak to mówił Woland w Mistrzu i Małgorzacie, "wydać ucztę za te dwadzieścia siedem tysięcy, a potem zażyć truciznę i przenieść się na tamten świat przy dźwiękach strun, wśród oszołomionych winem pięknych kobiet i wesołych przyjaciół."
Kusząca perspektywa, jedna i druga. Oglądając zmagania Evy, chcę być dobrym człowiekiem, opiekować się innymi, olać siebie i zająć się cudzymi problemami. Ale kiedy widzę jej pożegnanie, nagrane kamerką internetową trzy dni przed jej śmiercią... nagle wszystko na świecie wydaje się takie ulotne i nic nie znaczące.
A zresztą, może to wszystko- całe te moje rozważania to tylko chandra, jako reakcja na ostatnią wiadomość o śmierci Kamila, mojego starego znajomego z Instytutu Matki i Dziecka. Któżby pomyślał, chłopak zmarł w wieku 23 lat a nawet nie czekał jeszcze na przeszczep. Oczywiście po tylu informacjach o różnych śmierciach, a zwłaszcza po zeszłym roku, kiedy w samym szpitalu w Warszawie zmarło, jak mi się zdaje, ponad 5 osób chorych na muko, i to jakoś tak w ciągu pół roku, więc na dość krótkim odcinku czasu- powinnam się znieczulić. I trochę tak jest. Znieczulica dopada po pewnym czasie wszystkich, zwłaszcza kiedy te śmierci są takie same, szablonowe. Nie wiem jak to jest w statystykach, ale z moich osobistych obserwacji wynika, że chorzy na muko najczęściej umierają czekając już na przeszczep albo na kwalifikację do przeszczepu. Ale czasami, zwłaszcza kiedy umiera ktoś, kogo dobrze znam, trochę mnie to rusza.
Dobra, wystarczy. Nadrobiłam zaległości, mam nadzieję, że wybaczycie mi wcześniejsze długie milczenie i brak bardziej treściwych, przemyslanych wpisów. Trzymajcie się, do następnego razu.
Każdy czasami lubi sobie usiąść i pomarudzić. Ja ostatnio wkręciłam się w ogarnianie wszystkiego dookoła, a nie mogę sobie porządnie pomarudzić, tak, jakby mi się chciało. Z pytaniami naprowadzającymi w stylu "a jak się czujesz?", "i co było wtedy?", "może to przez to i to...?". Z żałowaniem mnie, oj jaka ja biedna i nieszczęśliwa. To nawet nie tak, że chcę usiąść i użalać się nad sobą cały czas, ale raz na jakiś czas, uważam, że to zdrowe, że ktoś nas może pożałować, skupić się na naszych problemach, po prostu wysłuchać i chociażby poudawać zaangażowanie.
Okej, mam chłopaka. I okej, była u mnie ostatnio przyjaciółka. I była moja mama. Ale z przyjaciółką było więcej śmiechu niż marudzenia (swoją drogą może to i lepiej, bo przecież śmiechu też potrzebuję), a reszta ma własne problemy na głowie i trudno mi się im dziwić. Ale jednak- chce mi się pobyć małą dziewczynką, która rozpacza nad tym, że podrapała sobie kolanko... Cóż, chyba już za późno na takie życzenia.
Obejrzałam niedawno "65 czerwonych róż", znowu. Nie znam Evy i nie czytałam jej bloga ani przed jej śmiercią ani po, a jednak po obejrzeniu tego filmu poczułam z nią dziwną więź. Trochę przypomina mi mnie samą, a trochę moją Olę, która też wspierała wszystkich wokół i miała mnóstwo internetowych i prawdziwych przyjaciół. Gdybym nie wiedziała, że Eva zmarła 2 lata po przeszczepie, czekając na drugi przeszczep, ten film dokumentalny byłby szalenie optymistyczny. I oglądając go po raz drugi, patrzę na niego bardziej przez taki pryzmat. Już nie ryczę w poduszkę, a rozrywam się pomiędzy dwiema opcjami.
Tak to już w życiu jest, to naturalny psychologiczny mechanizm, że uświadomienie własnej śmiertelności wzbudza w ludziach dwie reakcje, do wyboru, co kto woli. O tym były nawet ostatnie dwa, czy trzy odcinki Dr. House'a (ten serial nigdy nie przestanie mnie zachwycać tym, jak wiele poważnych i prawdziwych tematów porusza). Zrobię wam mały spoiler: najlepszy przyjaciel House'a dowiedział się, że ma raka i że zostało mu jeszcze 5 miesięcy życia. I tak oto rozrywa się pomiędzy dwiema możliwymi reakcjami. Może spędzić resztę życia na ulotnych przyjemnościach, korzystając z chwili i robiąc różne szalone rzeczy, a może poświęcić swoje życie najbliższej osobie- najlepszemu przyjacielowi, opiekując się nim i walcząc ze swoją chorobą dla niego, by móc wytrwać z nim jak najdłużej.
I wydaje mi się, że tak to już jest z każdym chorym, który dostaje "termin ważności" (wybaczcie tą przedmiotowość). Mamy do wyboru, dbać o swoje zdrowie, w nadziei, że pociągniemy jeszcze trochę, i że ta końcówka będzie wartościowa (i wybierzcie tu dowolne wartościowanie- jako ocena innych ludzi lub jako wartość, wskazująca naszą pozycję w tzw. życiu po śmierci wedle naszych zasług). Możemy też wykorzystać tą końcówkę, traktując życie i świat stricte hedonistycznie i egoistycznie. Czerpać z niego wszystko, co się da, a potem, jak to mówił Woland w Mistrzu i Małgorzacie, "wydać ucztę za te dwadzieścia siedem tysięcy, a potem zażyć truciznę i przenieść się na tamten świat przy dźwiękach strun, wśród oszołomionych winem pięknych kobiet i wesołych przyjaciół."
Kusząca perspektywa, jedna i druga. Oglądając zmagania Evy, chcę być dobrym człowiekiem, opiekować się innymi, olać siebie i zająć się cudzymi problemami. Ale kiedy widzę jej pożegnanie, nagrane kamerką internetową trzy dni przed jej śmiercią... nagle wszystko na świecie wydaje się takie ulotne i nic nie znaczące.
A zresztą, może to wszystko- całe te moje rozważania to tylko chandra, jako reakcja na ostatnią wiadomość o śmierci Kamila, mojego starego znajomego z Instytutu Matki i Dziecka. Któżby pomyślał, chłopak zmarł w wieku 23 lat a nawet nie czekał jeszcze na przeszczep. Oczywiście po tylu informacjach o różnych śmierciach, a zwłaszcza po zeszłym roku, kiedy w samym szpitalu w Warszawie zmarło, jak mi się zdaje, ponad 5 osób chorych na muko, i to jakoś tak w ciągu pół roku, więc na dość krótkim odcinku czasu- powinnam się znieczulić. I trochę tak jest. Znieczulica dopada po pewnym czasie wszystkich, zwłaszcza kiedy te śmierci są takie same, szablonowe. Nie wiem jak to jest w statystykach, ale z moich osobistych obserwacji wynika, że chorzy na muko najczęściej umierają czekając już na przeszczep albo na kwalifikację do przeszczepu. Ale czasami, zwłaszcza kiedy umiera ktoś, kogo dobrze znam, trochę mnie to rusza.
Dobra, wystarczy. Nadrobiłam zaległości, mam nadzieję, że wybaczycie mi wcześniejsze długie milczenie i brak bardziej treściwych, przemyslanych wpisów. Trzymajcie się, do następnego razu.
czwartek, 17 maja 2012
Migracja
Moi drodzy czytelnicy,
wiem, że trochę utrudniam wam życie zmieniając adres bloga i przenosząc się na inny serwer. Niestety onet doprowadzał mnie do szału. Nie wiem czy zauważyliście, ale od dłuższego czasu nie dało się dostać na mojego bloga z powodu jakichś dziwnych błędów i jeszcze dziwniejszych przekierowań. Poczytałam więc w internecie o tym, jaki serwis jest najbardziej polecany przez innych blogerów i wylądowałam tutaj. Myślę, że moja współpraca z bloggerem ułoży się o wiele lepiej.
Tak więc Nastialandia nadal istnieje, choć przemigrowała.
Nie miałam ostatnio chęci ani weny żeby opisywać wam, co się dzieje w moim życiu, bo dzieje się dużo różnych rzeczy. I tych lepszych i tych gorszych, naprawdę różnych. Powiem tylko tyle, że na majówkę byłam w Niemczech, ale nareszcie mój przymus podróży do Niemiec się zakończy, bo chłopaka będę miała na miejscu, tu, w Warszawie.
Co do zdrowia... ciężko mi jest wam powiedzieć coś więcej, serio. Raz jest gorzej, raz jest lepiej. Generalnie obserwuję pogorszenie, ale bardzo rozłożone w czasie, więc może nie jest tak źle. Nie choruję, nie mam jakichś infekcji. Miałam niezłą przygodę w bólami w klatce piersiowej- nie wiadomo skąd i nie wiadomo dlaczego, przez dwa tygodnie męczyły mnie bóle w klatce piersiowej. Wybrałam się do lekarza, który na poczatku podejrzewał odmę, potem zator płucny, a na końcu powiedział że według wyników nic mi nie jest i mam wracać do domu łykać sobie antybiotyk. Ręce mi opadają, bo bolało naprawdę ostro, przeciwbólowe nie pomagały, a nie dostałam żadnej informacji zwrotnej typu co, jak, dlaczego i jak sobie z tym radzić. Ale chyba tak to już jest na pewnym etapie- trzeba się pogodzić z faktem, że żadnych rewelacji nie usłyszymy i nie dostaniemy żadnego magicznego antidotum. Po prostu zaciskamy zęby i żyjemy dalej.
Chciałabym móc powiedzieć, że przynajmniej na studiach wszystko jest w porządku, ale nie mogę. Jestem paskudnym leniem i olewczo potraktowałam sobie ten semestr. Mam nadzieję, że nie będę musiała ponieść ogromnych konsekwencji z tego powodu. Przede mną jeszcze dwa tygodnie na napisanie pracy rocznej, a poza konspektem nic nie mam, ale myślę, że jakoś sobie poradzę. Zawsze wszystko odkładam na ostatni termin, a potem jakoś się udaje. Tym razem też dam radę. Wybieram się dziś do biblioteki, wypożyczam coś i będę walczyć. Boże, dopomóż. Przyznam szczerze, że coraz mniej mi się chce studiować, mam coraz większą ochotę rzucić wszystko w cholerę i pracować, bo i tak nie wiadomo, jak długo pociągnę pracę i studia. Obserwuję wszystkich znajomych i przygotowuję się psychicznie do tego, że pewnego dnia będę musiała zrezygnować z wielu rzeczy. Tragedii nie ma, poradzę sobie. Dziękuję losowi, że trafiła mi się taka świetna praca, w której mogę brać wolne, wypoczywać, leczyć się i nie mieć potem z tego powodu żadnych konsekwencji. Poszczęściło mi się z tą pracą, nie ma co.
Nie mam dla was żadnych głębokich przemyśleń ani refleksji, a nawet jeśli coś mam, to chyba jest to zbyt przygnębiające żeby tutaj pisać. Ale nie martwcie się, idziemy do przodu, żyjemy dalej, byle do końca semestru. Naprawdę, marzę już żeby nadszedł czerwiec, żeby praca roczna się magicznie napisała i żeby skończyć ten rok.
Nie tęsknijcie zbytnio, odezwę się.
wiem, że trochę utrudniam wam życie zmieniając adres bloga i przenosząc się na inny serwer. Niestety onet doprowadzał mnie do szału. Nie wiem czy zauważyliście, ale od dłuższego czasu nie dało się dostać na mojego bloga z powodu jakichś dziwnych błędów i jeszcze dziwniejszych przekierowań. Poczytałam więc w internecie o tym, jaki serwis jest najbardziej polecany przez innych blogerów i wylądowałam tutaj. Myślę, że moja współpraca z bloggerem ułoży się o wiele lepiej.
Tak więc Nastialandia nadal istnieje, choć przemigrowała.
Nie miałam ostatnio chęci ani weny żeby opisywać wam, co się dzieje w moim życiu, bo dzieje się dużo różnych rzeczy. I tych lepszych i tych gorszych, naprawdę różnych. Powiem tylko tyle, że na majówkę byłam w Niemczech, ale nareszcie mój przymus podróży do Niemiec się zakończy, bo chłopaka będę miała na miejscu, tu, w Warszawie.
Co do zdrowia... ciężko mi jest wam powiedzieć coś więcej, serio. Raz jest gorzej, raz jest lepiej. Generalnie obserwuję pogorszenie, ale bardzo rozłożone w czasie, więc może nie jest tak źle. Nie choruję, nie mam jakichś infekcji. Miałam niezłą przygodę w bólami w klatce piersiowej- nie wiadomo skąd i nie wiadomo dlaczego, przez dwa tygodnie męczyły mnie bóle w klatce piersiowej. Wybrałam się do lekarza, który na poczatku podejrzewał odmę, potem zator płucny, a na końcu powiedział że według wyników nic mi nie jest i mam wracać do domu łykać sobie antybiotyk. Ręce mi opadają, bo bolało naprawdę ostro, przeciwbólowe nie pomagały, a nie dostałam żadnej informacji zwrotnej typu co, jak, dlaczego i jak sobie z tym radzić. Ale chyba tak to już jest na pewnym etapie- trzeba się pogodzić z faktem, że żadnych rewelacji nie usłyszymy i nie dostaniemy żadnego magicznego antidotum. Po prostu zaciskamy zęby i żyjemy dalej.
Chciałabym móc powiedzieć, że przynajmniej na studiach wszystko jest w porządku, ale nie mogę. Jestem paskudnym leniem i olewczo potraktowałam sobie ten semestr. Mam nadzieję, że nie będę musiała ponieść ogromnych konsekwencji z tego powodu. Przede mną jeszcze dwa tygodnie na napisanie pracy rocznej, a poza konspektem nic nie mam, ale myślę, że jakoś sobie poradzę. Zawsze wszystko odkładam na ostatni termin, a potem jakoś się udaje. Tym razem też dam radę. Wybieram się dziś do biblioteki, wypożyczam coś i będę walczyć. Boże, dopomóż. Przyznam szczerze, że coraz mniej mi się chce studiować, mam coraz większą ochotę rzucić wszystko w cholerę i pracować, bo i tak nie wiadomo, jak długo pociągnę pracę i studia. Obserwuję wszystkich znajomych i przygotowuję się psychicznie do tego, że pewnego dnia będę musiała zrezygnować z wielu rzeczy. Tragedii nie ma, poradzę sobie. Dziękuję losowi, że trafiła mi się taka świetna praca, w której mogę brać wolne, wypoczywać, leczyć się i nie mieć potem z tego powodu żadnych konsekwencji. Poszczęściło mi się z tą pracą, nie ma co.
Nie mam dla was żadnych głębokich przemyśleń ani refleksji, a nawet jeśli coś mam, to chyba jest to zbyt przygnębiające żeby tutaj pisać. Ale nie martwcie się, idziemy do przodu, żyjemy dalej, byle do końca semestru. Naprawdę, marzę już żeby nadszedł czerwiec, żeby praca roczna się magicznie napisała i żeby skończyć ten rok.
Nie tęsknijcie zbytnio, odezwę się.
Subskrybuj:
Komentarze (Atom)