sobota, 7 lutego 2015

Ramię w ramię ze Złością

Ze wszystkich emocji, jakie towarzyszyły mi w ciągu mojego krótkiego, 22-letniego życia najczęstszą była złość. Zawsze przeszkadzał mi mój wybuchowy charakter, ta moja ciągła drażliwość i na nic się zdawały tłumaczenia odwołujące się do "dziecięcego gniewu" lub "nastoletniego buntu". Czekałam, aż złość przeminie, ale ona wciąż nie chciała, uparcie piętnując moje relacje z bliskimi. Burza hormonalna oczywiście odegrała istotną rolę we wzmocnieniu tej niszczycielskiej emocji, ale nie oszukujmy się, piekliłam się jeszcze jako dziecko i pieklę się nadal, choć już nie aż tak.

Nigdy nie biłam innych dzieci ani w ogóle innych ludzi i myślę, że "przemyślanym" posunięciem ze strony natury, losu, opatrzności czy jakkolwiek to nazwać (o ile to istnieje) było nadanie mi tak drobnej i delikatnej postury. Gdybym mogła, pewnie zaczęłabym bić. A tak pozostawały mi tylko walki z nieożywionymi przedmiotami i w ten oto sposób wdawałam się niejednokrotnie w bójkę ze stołem, który akurat niefortunnie stał na mojej drodze, z krzesłami i z niedomykającymi się drzwiami. Co więcej, pewnego dnia uwikłana byłam w poważny, przepełniony agresją bynajmniej nie tylko słowną konflikt z moją własną koszulą. Miałam jakieś 5 lat, a mama kazała mi ją założyć. Nie znosiłam tej koszuli i sprowadziłam do parteru sedno naszej z nią modowej różnicy zdań, a biednej części garderoby oberwało się za to, że jest taka czerwona, taka flanelowa i taka kraciasta.

Gotowało się we mnie od zawsze niczym w przepełnionym garnku ze szczelną pokrywką, a na domiar wszystkiego po rozładowaniu emocjonalnego napięcia odczuwałam silne poczucie winy, żal i niechęć do samej siebie. Zawsze przepraszałam i nigdy nie chciałam nikogo skrzywdzić. Chodziło tylko o uwolnienie z siebie frustracji, ale najlepiej byłoby gdyby ta agresja nie była skierowana przeciwko komukolwiek. Starałam się więc wygaszać ją lub kierować przeciwko samej sobie, ale jak wiadomo, nie daje to najlepszych efektów. Teraz, kiedy jestem już Dużą Ciocią wiem oczywiście, że to pewne codzienne czynniki, towarzyszące mojemu dorastaniu powodowały w tak małej osóbce tak wiele konfliktów wewnętrznych, ale nawet po zmianie otoczenia, zmianie życia wciąż zmagam się ze sporadycznymi napadami gniewu. Na szczęście koszule wybieram już sobie sama, więc żadnej z nich nigdy się nie oberwało.

Opowiadam to wszystko po to, żeby pokazać, że czasami coś, czego w sobie nie znosimy i co teoretycznie może być postrzegane jako złe, w rzeczywistości może oddawać nam przysługę, a my możemy nie być tego nawet świadomi. Co wieczór przed zaśnięciem zadręczałam się wszystkimi tymi chwilami, w których moja zbyt szybko gotująca się krew uruchamiała do działania niewyparzoną gębę. To zdarza mi się nadal, ale subiektywnie oceniam, że idzie mi lepiej i w wielu sytuacjach umiem się już powstrzymywać od odruchowego palnięcia czegoś bolesnego (niestety jeszcze nie zawsze). A za obiektywną miarę przyjęłam to, że ludzie nie boją się do mnie zadzwonić ot tak spontanicznie w ciągu dnia, podczas gdy wcześniej różnie z tym bywało. Niedawno zdałam sobie jednak sprawdzę, że mój narowisty charakter to nie tylko wieczny problem, który staram się zadeptać niczym flanelową koszulę. Ten gniew jest składową wewnętrznego napędu, który daje mi siłę w obliczu sytuacji trudnych, zdawałoby się nawet, beznadziejnych. I choć to niełatwe, zaczynam powoli dostrzegać zalety wad - moich oraz cudzych.

Ostatnie trzy miesiące mojego życia były ciężkie. Dwa pobyty w szpitalu, bonus pod postacią nowej bakterii, o której nie rozpisują się najlepiej w medycznych artykułach, ponad miesiąc codziennej gorączki i utrata masy ciała. Zastanawiam się czy nie sprowadziłam tych nieszczęść na siebie sama, zarzynając się po pachy i próbując wyprzedzić samą siebie w maratonie pod hasłem "Popatrzcie, jaka jestem zajebista". Pewnie trochę tak było, kiedy pracowałam przez 20 dni bez wolnego, z których część spędzałam w dwóch pracach - rano jedna, a potem do wieczora druga. Zależało mi na zmianie pracy na lepszą i udało się, przez parę miesięcy byłam nią zachwycona. Czułam się wszechmocna, niezniszczalna i najdzielniejsza na świecie. Dopóki nie przyszedł spadek formy, po którym z pracy musiałam zrezygnować, a w szpitalu siedzieć na izolatce. Zrobiło się przygnębiająco.

Kiedy myślę o tym teraz, ogarnia mnie złość. Nie martwcie się, jestem przyzwyczajona do tego uczucia, witam ją jak starą, dobrze znaną przyjaciółkę. To trochę jakbyśmy obie były fizykami jądrowymi, którzy stają razem na wzgórzu ramię w ramię i obejmując się, z rozrzewnieniem obserwują gdzieś w oddali wybuch skonstruowanej przez siebie bomby. Patrzę więc na wybuch mojej skonstruowanej w wakacje bomby i rozmyślam jakby tu spierdalać dopóki nie dosięgnie mnie fala uderzeniowa. A moja przyjaciółka, moja siostra Złość pomaga mi w tym, nie pozwala wpadać w rozpacz i depresję tylko motywuje to działania, do ciągłego ruchu.

Prawdą jest, że nie wiem nawet czy ten wybuch bomby jest dziełem moich rąk, bo niewykluczone, że to po prostu niemożliwa do przewidzenia erupcja wulkanu, na którym od zawsze stoję. Ta niepewność jest przerażająca, wytrąca z równowagi i odbiera chęć do walki. Po co walczyć, po co dążyć do czegokolwiek, jeśli pewnego dnia wszystko po prostu może się pochrzanić niezależnie od twoich wysiłków? Nie, lepiej jest się zezłościć. Złość uczę się przekuwać w motywację, która podburza mnie do walki, szarpie za kończyny i pieni się w żyłach razem z rozgrzaną do białości krwią.

Muszę stąd spierdalać, w pogoni za lepszym życiem. Wiem, że gdzieś tam w innym kraju jest sposób, żeby było mi łatwiej. Nie doskonale, ale wiem, że odetchnę zdrowiej jeśli tylko zdążę tam w porę dotrzeć pod inną opiekę zdrowotną. Wiem, że są inne leki. Ścigam się, tym razem nie sama ze sobą, a z czasem, który mnie dogania. Czuję i widzę, że każdego dnia jest mnie trochę mniej, że powoli rozmywam się w powietrzu niczym Marty McFly w Powrocie do przyszłości. Ale jednocześnie złości mnie, że tak jest i wiem, ze się nie dam, nie poddam, nie ulegnę. Kolejny przystanek to Dania. Plan przeprowadzki tam jest kompletnie wydumany, ale krok po kroku systematycznie znajduję coraz więcej dróg i wierzę, że za pół roku napiszę do was kolejny post z Kopenhagi, ewentualnie z Aarhus.

Dziś słuchacie ze mną