wtorek, 9 października 2012

Czy rozwój prowadzi do rozczarowania?

Chciałabym was dzisiaj zachęcić do małego zainteresowania nauką.
Krążąc po zakątkach portalu youtube i słuchając piosenek, zwłaszcza polskich, lubię czytać komentarze, znajdujące się pod nimi. Czasami są one zupełnie głupie, w stylu "kto z Polski łapka w górę", czasami depresyjne, np. "to była ulubiona piosenka moja i mojego eks, zostawił mnie rok temu, a ja od tamtej pory płaczę ilekroć jej słucham", czasami wywiązują się wręcz dyskusje. I właśnie na dyskusję trafiłam wczoraj, w komentarzach pod piosenką IRA - Parę chwil. Dwóch panów w nieokreślonym wieku spierało się o poglądy religijne.
Od dawna ciekawią mnie poglądy religijne różnych ludzi. Sama nie opowiadam się jeszcze za żadną stron - ani za teistami ani za ateistami i trzymam się bezpiecznego agnostycyzmu (tych, którzy nie znają tego pojęcia odsyłam do tego linku pochodzącego z Cioci Wikipedii). Pozostaję w zawieszeniu, wręcz w homeostazie w tej kwestii, bowiem nic takiego jeszcze nie wydarzyło się w moim życiu żeby przechylić szalę w kierunku "tak, wierzę!" lub "nie, nie wierzę!". Przyznam, że smutne wydarzenia chwieją wiarą, zresztą zdobywanie wyższego wykształcenia też nie sprzyja duchowości wierze, nie poprzedzonej poznaniem. Ale wciąż czytam, dociekam, interesuję się i czekam, aż pojawi się jakiś argument, który mnie przekona, że Boga nie ma, albo znak, dzięki któremu zrozumiem, że jednak jest.
Tak więc, powracając do komentarzowej dyskusji, dwóch panów obrażało się nawzajem. Jeden z nich deklarował się jako ateista, drugi cytował Pismo Święte. Obrażali się jednak na poziomie wyższym, niż średni poziom użytkowników youtube'a ( nie żadne "ty zj*bie, ty pedale" itp), aż w końcu jeden z nich rzucił coś w stylu "obejrzyj sobie na youtubie 100 powodów dla których ewolucja jest głupia". Myślę sobie- co za bzdurny tytuł. Pewnie wypowiedź kolejnego zagorzałego fanatyka. Przyznam wam szczerze i bez bicia, że wyszukałam ten wykład wiedziona chęcią obejrzenia show. Miałam nadzieję na jakieś machanie kadzidłami, wypowiedzi w stylu wszystkim już znanego księdza Natanka (który, tak swoją drogą, skopał kiedyś reporterów - widzieliście ten filmik?). Włączyłam i czekałam na show. I z jednej strony się rozczarowałam, a z drugiej nie. Nie było żadnej widowiskowości, tylko sympatyczny mężczyzna w średnim wieku, rzucający lekkimi anegdotami. Bez żadnego fanatyzmu w oczach mężczyzna ten w ramach wstępu pokazał słuchaczom Biblię, oznajmił, że wierzy w każde jej słowo. Następnie pokrótce wytłumaczył, że będzie opowiadał o debacie, dotyczącej genezy świata i życia, prowadzonej od dawna pomiędzy dwoma przeciwstawnymi obozami- obozem kreacjonistów i obozem ewolucjonistów.
Powiem wam szczerze, z ręką na sercu, że wciągnęłam się w ten wykład i obejrzałam go nie pauzując do samego końca. A rzeczy, które mówił ten mężczyzna brzmiał naprawdę sensownie. Rzadko słyszy się obrońcę wiary, posługującego się racjonalnymi argumentami. Powiedzmy sobie szczerze, zwykle odwołują się oni do emocji strachu (przed apokalipsą, piekłem itp), nadziei (na zbawienie, lepsze życie, na które możemy sobie zasłużyć wiarą) i przywiązania do wpajanego nam od dziecka tradycjonalizmu (zwłaszcza w naszym kraju). A tu, byłam zaskoczona, żadnego fanatyzmu. Pan prowadzący wykład spokojnie nam powiedział, że co prawda on wierzy w biblię, ale są też ludzie wierzący w ewolucję i to jest ich prywatna sprawa. Że każdy może wierzyć w co chce, a on nie zamierza nikogo na siłę nawracać, tylko uświadomić, że  ewolucja również jest na swój sposób wiarą (wiarę definiujemy tu jako coś, czemu brakuje wystarczającej ilości dowodów żeby wiedzieć na pewno, coś, co musimy opierać na założeniach, których nie możemy zweryfikować). I że są w niej liczne niedociągnięcia. Odsyłam was do źródła, bo tego nie mówi się w szkołach, a powinno. Przedstawia się teorię ewolucji, czy teorię wielkiego wybuchu jako coś, co jest Prawdziwe przez wielkie "P", zapominając, że to jest jedna z teorii. Zapraszam do obejrzenia wykładu tutaj.
Nie, ten wykład nie przekonał mnie do poglądów kreacjonistów. Raczej uświadomił, że nie istnieje jeszcze teoria w pełni satysfakcjonująca zarówno logiczną spójnością, jak i ilością dowodów na jej prawdziwość. Takie rzeczy powinni uświadamiać w szkole- że to niekoniecznie musi być prawda, że to tylko jedna z teorii. Tak samo mamy na psychologii. Nie mówią nam "tak jest". Mówią, że "może być tak, albo tak, albo jeszcze inaczej, ale obecnie trzymamy się tego".
Znacie to powiedzenie- niewiedza jest błogosławieństwem? Obawiam się, że muszę się z tym zgodzić. Tylko na początku nauka i wiedza wszystko upraszcza. A potem? Z każdym kolejnym krokiem na ścieżce edukacji dowiadujemy się - zwłaszcza humaniści - że ludzkość wcale jeszcze tak wiele nie wie. Gonimy najpierw za poznaniem całej prawdy, potem za poznaniem jakiejś ogólnej wielkiej prawdy, potem za poznaniem jakiejkolwiek prawdy, aż wreszcie za poznaniem czegokolwiek poza niepotwierdzonymi przekonaniami poszczególnych badaczy. Na samym końcu giniemy w natłoku danych statystycznych (a propo statystyk, dziś wyczytałam w internecie, że wg badań z 2008 roku średni wiek zgonu osób chorujących na mukowiscydozę w Polsce to 21 lat... milutka perspektywa, zwłaszcza, że mam już 20 lat) i zapominamy o tym, że w ogóle kiedykolwiek chcieliśmy coś znaleźć. Pogrążamy się w apatii, gubimy młodzieńczy idealizm i żyjemy koncentrując się na utrzymaniu finansowego equilibrium.
A może nie jest aż tak źle i może to ja po prostu jestem pesymistycznie nastawiona do rozwoju. Bo może tylko u mnie, zamiast niesamowitego oświecenia, przynosi on głównie (choć na szczęście nie wyłącznie) rozczarowanie. Jeśli z wami jest lepiej, trzymam za was kciuki.

piątek, 5 października 2012

Całkiem nie psychologicznie o psychologii

Jak to się dzieje, że jak jesteśmy młodzi, wydaje nam się, że znamy wszystkie odpowiedzi i sposoby, a kiedy dorastamy, robimy się coraz bardziej bezradni? Wyobrażamy sobie, że potrafiliśmy sobie poradzić z każdym problemem, ba, nawet zapobiec mu. A potem nasze wyobrażenia boleśnie rozbijają się o poszarpane krawędzie rzeczywistości.

Ni cholery się na tej psychologii nie nauczyłam. Myślałam, że po dwóch latach studiowania będę miała jakieś umiejętności i wiedzę. I naprawdę, nie wymagam wiele, nie mówię o Kluczu Do Poznania Świata. Ale chociażby jakieś wskazówki. Przynajmniej poznać przyczyny niektórych ludzkich myśli i zachowań. Nie mówię już o sposobach na radzenie sobie z nimi. Ale nie. Po dwóch z pięciu lat, nadal nie umiem nic ponad to, co podpowiada mi intuicja, książki NIE będące publikacjami prac psychologów i różne zasłyszane prawdy. A czego nauczył mnie Wydział Psychologii? Kilku faktów z historii myśli psychologicznej (Boże, co mnie one obchodzą?), jak przeprowadzić najprostsze testy osobowości (które są Boże jak bardzo banalne) i tego, że z problemami trzeba się zwracać do psychologa. A, przepraszam, omal nie zapomniałam- również tego, że agresja jest powodowana frustracją.

Wszystko co jest nam wykładane na tej psychologii brzmi jakoś banalnie, tautologicznie i bezużytecznie. I może to jeszcze zbyt wcześnie na ocenę poziomu edukacji, bo dopiero zaczynam trzeci rok, ale zaczynam poważnie wątpić. I zastanawia się, czy przypadkiem nie jest tak, że na tych studiach młodzi ludzie, kształceni na pełnych oczywistości, banałów i nieprzydatnej wiedzy pracach psychologów są przygotowywani do pisania kolejnych serii banałów. Jeden wielki zastój.

Nie mówię oczywiście, że te studia w ogóle niczego nie uczą. Trafi się czasem kilka ciekawych faktów. Ale trzeba na nie czekać, wypatrywać ich łapczywie, umieć dostrzegać je pod gruzami nudy. Większość obowiązkowych przedmiotów to zauczanie stosów nieprzydatności, większość zajęć fakultatywnych polega na wygłaszaniu referatów, których nikt nie pamięta już w trakcie samego wygłaszania. Zajęcia praktyczne, które mają trenować w nas psychologiczne umiejętności, tak naprawdę bazują na tym, co wychodzi z naszych intuicyjnych domysłów. Jestem rozczarowana i czuję, że nic ważnego nie robię, i to w dodatku nie-robię to w grupie, składającej się z ludzi doprowadzających mnie do obłędu. Oczywiście jest kilka osób, które uwielbiam. Naprawdę świetnych, miłych, zabawnych, oryginalnych i nietuzinkowych ludzi. Niestety mam wrażenie że giną one w tłumie składających się z lanserskich bogaczy, nie mających co zrobić z nadmiarem pieniędzy od mamusi i tatusia i przepijających je regularnie, świętoszkowatych, naiwnych idealistek z kompleksem misji i Niesienia Pomocy i pseudointeligentów, nastawionych na sukces niczym pies na wykopanie kości.

To nie tak, że obudziła się we mnie potrzeba samorealizacji. Ale naprawdę nie polecam nikomu tych studiów. Może to i renoma, ale jednak nie opuszcza mnie uczucie, że nie robimy tam nic ważnego. Oczywiście to nie znaczy też, że nie da się nic osiągnąć na psychologii, lub po psychologii. Ale trzeba konkretnie widzieć swój cel, dążyć do niego sukcesywnie, mieć już gotowe i zaplanowane zainteresowania i nie liczyć na to, że odnajdzie się je w trakcie studiów. A ja jakoś tego celu sama z siebie nie widzę i jestem przekonana, że nie jestem w tym odosobniona.

Po roku nauki każą wam wybrać sobie dziedzinę psychologii i temat, żeby na drugim roku napisać pracę teoretyczną. Każą wam wybrać opiekuna pracy kiedy znacie dopiero 10% grona pedagogicznego i będą się spodziewać, że już wiecie, co was interesuje. A ja się pytam, na jakiej podstawie można się tego dowiedzieć, kiedy sugerowany plan studiów dla pierwszego roku wygląda tak:
- Wstęp do psychologii (który wprowadza was w świat suchych nazwisk, dat i frazesów będących poglądami właścicieli tychże nazwisk)
- Metodologia badań psychologicznych (nie, nie robicie na tych zajęciach badań. Nie uczycie się nawet jakie są badania psychologiczne i jak je przeprowadzić. Uczycie się najbardziej ogólnego zarysu teoretycznego, polegającego na zakuwaniu metodologicznych pojęć, które można odnieść tak samo do psychologii jak i do pozostałych dziedzin)
- Biologiczne mechanizmy zachowania (przyznaję, z tych zajęć można wyczerpać trochę faktów. O tym, czym zajmuje się biologiczna strona psychologii. I dowiedzieć się, że zajmuje się ona głównie obserwacją zwierząt... a w każdym razie właśnie to wyniosłam z tych zajęć zdając egzamin końcowy na 4+)
- Logika (to w ogóle nie ma nic wspólnego z psychologią i zdaje się, że jest po prostu przedmiotem z puli "tych które humanista powinien mieć")
- Podstawowe Umiejętności Psychologiczne (miłe ćwiczenia, na których można poznać innych studentów, pośmiać się i powygłupiać, jednak nie szkolą one żadnych nowo odkrytych umiejętności, tylko bawią się w nazewnictwo tego, co i tak jest oczywiste i znane oraz w tłumaczenie tego, co wiecie intuicyjnie)
- Psychologia uczenia się i pamięci (jeszcze jeden przedmiot, który rzeczywiście pokazuje jedną ze stron psychologii, jednak jest to naprawdę bardzo wąska dziedzina psychologii, która może i rzuca garść ciekawych faktów, ale ciężko znaleźć w tym coś, o czym można by napisać pracę na 20 stron)
- Psychologia Procesów Poznawczych (co prawda- zdałam to, ale nadal kompletnie nie mam pojęcia, o czym to do cholery było... i nie jestem pewna, czy jest to kwestia Prowadzącego, przedmiotu czy mojego niewystarczającego zagłębienia w tematykę. Wstrzymam się od oceny końcowej przydatności tego przedmiotu na pierwszym roku)
- Podstawy statystyki (to nie psychologia. To statystyka. Która niewątpliwie jest potrzebna, nie przeczę tego. Jednak ciężko z tego zaczerpnąć temat do pracy rocznej, bo, jak mówiłam- to nie psychologia.)

I to by było na tyle, jeśli chodzi o listę obowiązkowych przedmiotów, które mój Wydział sugeruje do zaliczania na pierwszym roku. Co z pozostałym czasem? Bo przecież nie jest tego za wiele? No więc pozostały czas powinniście teoretycznie wypełnić zajęciami fakultatywnymi, na które się zarejestrujecie przez internet. Niestety to, co brzmi ciekawie okazuje się być przedmiotem opierającym się na rozdzieleniu niezbyt ciekawych tematów pomiędzy wszystkich studentów i zapełnieniu godzin wygłaszanymi przez studentów referatami. A bywa też tak - i niestety jest to najczęstszy problem - że zarejestrujecie się na coś, ale prowadzący/prowadząca odrzuca was z listy przyjętych. I Bóg jeden wie, na podstawie jakiego kryterium prowadzący robią selekcję, bo na pewno nie na podstawie kolejności zapisów. Mówiono mi na pierwszym roku, że robią to na podstawie roku studiów- chętniej przyjmują starszych studentów, ale to niestety też okazało się nieprawdą. Nie robią też tego alfabetycznie. Być może w tym szaleństwie jest jakaś metoda, ale kiedy odrzucono mnie z list wszystkich fakultetów, na które się rejestrowałam, straciłam motywację do złamania tego kodu.

Tak więc jeśli chcecie iść na psychologię z braku pomysłu na siebie- odradzam. Są bardzo nikłe szanse na to, że odnajdziecie ten pomysł w trakcie studiów. Prędzej pogubicie się całkowicie. Co innego oczywiście, jeśli jesteście już zorientowani- jaką dziedziną psychologii się zainteresujecie i co chcecie po tych studiach robić. Możecie też oczywiście nie uwierzyć mojej ocenie i macie do tego pełne prawo. I nie mówię, że te studia są kompletnie bezwartościowe i nikt nie potrafi tam znaleźć miejsca dla siebie... ale inaczej je sobie wyobrażałam i mogłabym przysiąc, że nie ja jedyna.

Ale nie tracę jeszcze nadziei. Mam nadzieję, że trzeci rok przyniesie miłe rozczarowanie i pokaże, że na psychologii rzeczywiście można wyrwać garść ciekawostek z paszczy nudy. Może nie Klucz Do Poznania Świata, ale przynajmniej jakąś namiastkę Klucza Do Poznania Choćby Bardzo Malutkiej Acz Ciekawej Części Świata. A tymczasem, śpijcie dobrze.

środa, 3 października 2012

Ukraine Trip, September 12

Poprzedni tydzień spędziłam na Ukrainie.
Tak się złożyło, że spędziłam tam trochę więcej czasu niż planowałam. Miało być kilka dni, wyszedł ponad tydzień, ale każdy, kto choć raz był zakochany, wie, jak to jest, kiedy spędza się czas z ukochaną osobą- jednocześnie i zamiera w miejscu i przyśpiesza jak szalony. Taki paradoks. Więc w efekcie tego zjawiska od piątku do niedzieli przesiedziałam za wschodnią granicą.
Mimo, że pochodzę ze wschodu, Ukraina i tak była dla mnie nowością. Śpieszę rozwiać wątpliwości ignorantów: nie, nie wszystko na wschód od polskiej granicy jest Rosją. Są tam też inne kraje i nawet rozróżniają się pomiędzy sobą. Co więcej, każdy ma nawet własny język i nie, nie wszędzie rządzi Putin.
Nie porównam Ukrainy z Rosją z prostej przyczyny- byłam w Rosji tylko raz, i to jako dziecko. Za to mogę ją porównać z Polską, no i oczywiście z Białorusią, gdzie się urodziłam. Moją myślą przewodnią, kiedy oceniałam kolejne elementy mojego Ukraine Trip było, że stereotypy, jak się okazuje, nie są takie znów bezpodstawne. Na psychologii uczono mnie, że stereotypy, chodź otrzymały obecnie dzięki mediom wydźwięk pejoratywny, są jednak potrzebne. Przyśpieszają przetwarzanie informacji i wstępną ocenę i nie koniecznie muszą być mylne. Powstały one - według jednej z teorii, bo psychologia kocha babranie się w 150 teoriach i nie wybieranie żadnej konkretnej - po to, żeby przyśpieszyć reakcję na bodźce. Najbardziej przydatne były one prawdopodobnie w epoce kamienia łupanego. Jaskiniowec napotykał na swojej drodze tygrysa z ostrymi zębami i myślał sobie przykładowo- skoro podobny tygrys zagryzł moją kuzynkę, z którą zamierzałem spłodzić piątkę uroczych włochatych dzieciaczków, to na pewno jest niebezpieczny, więc zamiast poznawać go bliżej i przekonywać się, czy nie jest on przypadkiem inny niż wszystkie pozostałe tygrysy, lepiej wezmę nogi za pas.
Tak więc nasze stereotypy o innych rasach i narodowościach biorą swoje korzenie - przypuszczalnie - w instynkcie przetrwania. I choć w obecnych czasach mogą oczywiście być obraźliwe i zranić kogoś, to jednak nie wszystkie są takie mylne, i sama się o tym przekonałam.
Przede wszystkim... drogi. Myślicie pewnie, że w Polsce są najgorsze drogi, najwięcej dziur, najtańszy i najgorszej nawierzchni asfalt. Nic bardziej mylnego. Podróż do miejscowości, w której teraz mieszka mój ukochany trwała około 14 godzin. Wyruszyłam o 17, bardzo zmęczona, bo po całym dniu pracy. Przysnęłam około 22 i przespałam słodko dwie godziny aż do granicy. Na granicy oczywiście musieli nam poświecić światłem w oczy i sprawdzić paszporty, ale trwało to zaskakująco szybko (albo to ja byłam taka zmęczona, że przegapiłam całą ceremonię). Myślałam sobie- oj tam, ruszymy i do samego Ternopilu będę spać jak zabita. O słodka naiwności. Nie zmrużyłam oka na dłużej niż minutę odkąd znaleźliśmy się na ukraińskim asfalcie, bo ilekroć przysypiałam, autobus robił niemalże salto, nurkując w kolejnej dziurze i wylatując z niej z impetem skoczka narciarskiego.
Nie będę się rozpisywać o pogodzie, a było fatalnie zimno, bo to już po prostu kwestia klimatu i pory roku. Za to chętnie opowiem o jedzeniu, bo jestem wybredną smakoszką i wbrew mojej niemal anorektycznej figurze-naprawdę lubię jeść. Z czym jest kojarzona Ukraina na świecie? Z chlebem i słoniną. I co czytamy w menu w najlepszej restauracji? Jednym z podpunktów na liście dań jest oczywiście chleb ze słoniną. Myślałam- przypadek, ale sytuacja powtórzyła się w innej restauracji, już mniejszej. Otwieramy menu, a tam propozycje dań obiadowych. Na samym dole dopisek, po Ukraińsku, ale zrozumiałam: "na przygotowanie wszystkich wymienionych dań trzeba poczekać, jednak ekspresowym obiadowym daniem będzie chleb ze słoniną". I naprawdę, to nie żart, wśród dań obiadowych figurował "Chleb ze słoniną". Uroczo.
Za to jedzenie, w większości, jest naprawdę smaczne, a jeśli dać kilka hrywien napiwku kelnerowi (1 zł = około 2,5 hrywny), będzie dbał o to, żebyście dostawali najlepsze kąski. Albo po prostu poszczęściło nam się z kelnerem- ciężko powiedzieć. Ale rzeczywiście jest i smacznie i niedrogo, bo za około 50 zł dwie osoby mogą spokojnie się najeść daniem obiadowym (nie, nie chleb ze słoniną, uprzedzę docinki) plus na deser szarlotka z lodami plus napoje. Oczywiście zdarzają się też niewypały. Raz na przykład, z ciekawości, zamówiłam coś figurującego pod nazwą "kurze gniazdko". Opisane było bardzo fajnie: sos śmietanowy, cebula, czosnek, ziemniaki, kurczak. W rzeczywistości moje gniazdko okazało się frytkami utopionymi w głębokim talerzu z czymś na kształt zupy bez konkretnego smaku i ze strzępami gotowanego kurzego mięsa na samym dnie. Ale niewypały zdarzają się wszędzie.
Ogólnie, nie wiem, jak to wygląda z pozostałymi miastami, ale Ternopil ma swój specyficzny klimat miasteczka, które jak gdyby zatrzymało się w czasie i nie słyszało o tym, że jest postęp. Podobne wrażenie odnoszę ilekroć jestem na Białorusi- po komunizmie Białorusini jak gdyby odmawiają wkroczenia w przyszłość i uświadomienia sobie, że świat się zmienia. Jednak Ternopil nie odmawia, jego po prostu nie stać na wkroczenie w dalszy świat. Poruszaliśmy się po miasteczku taksówkami, bo wcale nie jest znacząco drożej niż komunikacją miejską, a przynajmniej odrobinę bezpieczniej. Wśród samochodów przejechaliśmy się nawet Ładą, za kierownicą której siedział dziadek w naprawdę sędziwym wieku. I jadąc tym samochodem dwie rzeczy mnie zastanowiły- po pierwsze, czy ten dziadek nie jest już w tym wieku, kiedy zabierają ludziom prawo jazdy i każą wędkować, a po drugie, czy ten samochód nie jest starszy od kierowcy. Zjeżdżając z - naprawdę! - niewielkiego wzniesienia i wchodząc w - naprawdę! - łagodny zakręt, w który nawet ja, kierowca-żółtodziób, nie bałabym się wejść, dziadek zwolnił chyba do prędkości 30km/h i powolutku, ostrożnie jechał, jednocześnie bacznie patrząc po lewo i po prawo samochodu. I wiecie co? Gdyby spadł śnieg, jestem pewna, że 99% tych samochodów zostawiałaby za sobą nie dwa, a cztery ślady (wybacz kochanie za pożyczenie twojej anegdoty).
Ale Ukrainę od Białorusi odróżnia brak zapatrzenia w komunistyczny ustrój i brak widocznej na każdym kroku tęsknoty za nim. Niby jest bieda, niby jest folklor, ale w jakiś taki bardziej kulturalny sposób, bez prania ludziom mózgów. A to miłe.
Oczywiście są też inne aspekty moich obserwacji. Zbliżają się na Ukrainie wybory parlamentarne. Wszędzie pełno bilboardów z twarzami i sloganami- normalne. Jednak patrząc na mimikę i na twarz kandydatów, wszystkie te slogany wydają się być nieadekwatne, a najbardziej pasowałby napis "Jak nie zagłosujesz na mnie to cię zabiję". Innym zabawnym faktem jest to, że taniej jest tam napić się wódki niż coca-coli. I to nawet taniej jest kupić wódkę i zapojkę niż drinka wódka-cola czy wódka-sok (tzw. Wściekłe). Poza tym, drinki, które serwują, są tak mocne, że po dwóch odczuwasz takie dziwne ewolucje mięśnia w języku i degradację procesów myślowych, które normalnie obserwuje się po sporej ilości Czystej. Kolejna rzecz, to aparycja ludzi. To nie mit, ukrainki naprawdę są śliczne. A może i nie takie śliczne, ale bardzo zadbane. Naprawdę widać tam, że kobiety w każdym, dosłownie każdym wieku dbają o swoją urodę. Od najmłodszych do najbardziej sędziwych pań, wszystkie noszą make-up. Większość chodzi w sukienkach i spódniczkach, a jeśli już spodnie, to bardzo obcisłe, lub do tego odsłonięty brzuch. I choć myślałam sobie, że na wschodzie moda jest inna i może nawet wolniej dochodzi, przyznam, że nie miałam do końca racji. Widać było, że dziewczyny bardzo się starają, a nawet jeśli nie stać ich na markowe ciuchy, wyszukują takie, które może i nie mają wspaniałych metek, ale rzeczywiście dobrze wyglądają. Z facetami jest za to o wiele gorzej. Nie wiem czy większość z nich kiedykolwiek słyszeli o pojęciu "moda". I o ile dziewczyny są grupą w miarę homogeniczną pod względem zadbania i mało kto się wybija, to faceci rozwarstwiają się na tych bardzo nadzianych i dbających o to żeby widać było ich status materialny w każdym szczególe, oraz tych... pozostałych. Na porządku dziennym tam jest, że prześliczna, zadbana dziewczyna idzie pod ramię z chłopakiem, który w Polsce zasłużyłby na określenie "lump". Wieczorami lokale wypełniają się po brzegi ładnymi dziewczynami, ubranymi z jasnym przekazem "chcę przyciągać uwagę". A faceci przychodzą jakby przed chwilą grzebali w silniku starej łady. No i biedne dziewczyny, "z braku laku" muszą decydować się na to, co się do nich zaleca, bo jak wiadomo, tych bogatych i dbających o siebie na wszystkie nie wystarczy. Trudno.
Wracając do Polski zobaczyłam, że na granicach naprawdę po coś przeglądają dokumenty i naprawdę tego przestrzegają. Na szczęście - nie na własnym przykładzie, ale zawsze. Polski celnik zebrał paszporty (jechałam pksem z masą zarówno Polaków jak i Ukraińców) i oglądał je jakieś dwie godziny (w sumie spędziłam 4 godziny na granicy). W końcu przyszedł i jednej ukraińskiej pani kazał opuścić pojazd i skombinować sobie powrót do domu. Wszystko zupełnie poważnie- wystawili jej rzeczy z bagażnika, wręczyli do ręki, oddali paszport i skreślili z listy pasażerów w autobusie. Ciekawa jestem, jak sobie potem poradziła i jak wróciła do Ternopila.
Cały mój Trip był ciekawym doświadczeniem. Może i nie nazwiedzałam się, ale liznęłam trochę Ukrainy i to naprawdę było coś innego. Mam nadzieję, że - jeśli i nie zachęciłam - to przynajmniej oddałam wam ten klimat i zabawiłam was opowieścią.

Dziś słuchacie ze mną