środa, 18 czerwca 2014

Nieszczęśliwa szara masa

    Już od dłuższego czasu nosiłam się z zamiarem napisania czegoś sensownego.  Nie pisałam jednak nic, choć bardzo to lubię. Dlaczego? Pomijając fakt, że czułam, że temat jeszcze nie "dojrzał" we mnie, to zwyczajnie byłam zbyt zmęczona.
   Co jakiś czas staram się patrzeć na swoje życie z dystansem. Właśnie to natchnęło mnie do napisania tego tekstu. Spojrzenie z lotu ptaka na moje życie razem ze wszystkimi jego składowymi: w tym z życiami moich znajomych i przyjaciół, których historie przeplatają się z moją. I zaczęłam się zastanawiać: czy nie jest przypadkiem tak, że jesteśmy wszyscy bandą nieszczęśliwych ludzi?
    Media, gazetki pseudopsychologiczne, filmy, internety- wszystko to bombarduje nas egocentryzmem, czyli dominującym obecnie nurtem w naszej kulturze. Chwytliwe hasełka brzmią prosto i zwięźle. Mówią nam o "zdrowym egoizmie", o "braniu życia we własne ręce", o tym, jak to powinniśmy spełniać swoje marzenia i nie wahać się. A my, młodzi ludzie, łykamy to niczym młody pelikan, wierzymy i marzymy.
    Gdyby zapytać, mało kto z nas wyobrażał sobie siebie samego w gimnazjum czy liceum w takiej postaci, w jakiej jest teraz. Wszyscy myśleliśmy, że będzie inaczej. W większości przypadków nierealistycznie i lepiej. Barwniej, ciekawiej, bogaciej, szczęśliwiej. Myśleliśmy, że studia będą fascynujące, Prowadzący nauczą nas życia, na staż przyjmą nas z pocałowaniem ręki, w pracy będzie miło. Niektórzy starali się pewnie myśleć bardziej realistycznie- no może nie zarobimy kokosów, ale będziemy robić to, co kochamy.
    Czy ktokolwiek z nas robi to, co kocha? To, co zaplanował? Czujecie to, naprawdę? Bo ja widzę wielką samooszukującą się masę, łagodzącą dysonans pomiędzy swoim wyobrażeniem swojego życia, a rzeczywistością. Masę nieszczęśliwych ludzi, zapychających w sobie pustkę.
    Czym? Sposoby są różne. Niektórzy próbują robić to pieniędzmi albo ambicjami. Zarzynają się w korporacjach. O tak, korporacje są  zbawieniem dla ludzkości, dla tych szarych nieszczęśliwych mas, bo - te odpowiednio umiejętne - dają im dokładnie to, czego te masy potrzebują. Dają cel.
    Co jest ulubionym korpozwrotem, używanym na wszystkich szkoleniach i mitingach? Zaangażowanie w markę. O co chodzi? Sprawa jest prosta. Związujesz się emocjonalnie z firmą, która daje ci pracę. Identyfikujesz się z jej sukcesami i porażkami. To doskonała symbioza. Jedno nie może istnieć bez drugiego, korporacja daje ci więcej korzyści niż tylko wypłata. Daje ci sens życia i zdejmuje z twoich barków odpowiedzialność za nie. Nagle nie musisz już się niepokoić o sens swojej egzystencji. Nie musisz szukać sposobu, jak się uszczęśliwić i jak sprawić sobie przyjemność. Korporacja robi to za ciebie. Obiecuje ci w przyszłości niemalże wieczne zbawienie- tylko osiągnij ustalone przez menadżerów cele, dopnij deadlinów i marka będzie się rozwijać, a ty razem z nią. Korporacja pójdzie nawet krok dalej i da ci więcej. Wsunie ci w desperowane dłonie wszystkie wymówki, których zechcesz użyć, usprawiedliwiając się sam przed sobą. Przerobi cię na papkę mięsa oddzielanego mechaniczne szybciej niż fabryka parówek przerobi świńskie chrząstki, a ty do upadłego będziesz powtarzał, że robisz pracę, którą kochasz. Korporacje są super. Nie dziwię się ludziom, którzy tkwią w nich latami. To jak syndrom sztokholmski. Zakochujesz się w swoim oprawcy, jest chujowo, ale stbilnie. Zatapiasz się w mięciutkiej, relaksującej bierności.
    Zupełnie inną kategorią ludzi są ci poupychani po różnych pracach (corpo lub nie), ale nie czujących "zaangażowania w markę". Jeśli nadal należą do nieszczęśliwych mas, przed nimi cały zakres nałogów. Alkhol jest najprostszy, a zarazem społecznie aprobowany. Pijemy wszyscy razem. Za lepszy czas, jak w piosence. Bo choć nie mamy już 14 lat, nadal wierzymy, że ten czas nadejdzie, że całe to szczęście jeszcze przed nami. Mówi się, że to domena młodych, że teraz tylko piją imprezują. Ale jak można ich winić? Nie potrafią nic innego. Czy uczył ich ktoś odpowiedzialności za własne życie? Czy pokazał im ktoś jak marzyć i czym się cieszyć? Powiedziałabym, że nasze bierne państwo w resztkach postkomunizmu przekazuje młodym prosty wzorzec- czekaj aż inni dadzą ci jakieś profity, bo przecież ci się należy. Ale myślę, że bierność nie jest tylko chorobą naszego kraju. Tak czy inaczej, alkohol jest na to rewekacyjny. Daje iluzję szczęścia. Pijesz, idziesz na imprezę, ludzie się śmieją razem z tobą, tańczą razem z tobą, słuchacie muzyki i wydaje wam się, że prowadzicie filozoficzne dyskusje i życiu. Wszystko po alkoholu wydaje się głębsze, pełniejsze, ważniejsze. O marihuanie nawet nie wspomnę, o tym, jak wyostrza zmysły i zmienia myślenie. I całe te smutne, nieszczęśliwe masy zapominają nagle o tym, że są nieszczęśliwe, a nawet mają zorganizowany czas. Od imprezy do imprezy leczą kaca, w chwilach trzeźwości porównują wrażenia ze znajomymi. W maju leżałam w szpitalu, więc siłą rzeczy nie mogłam pić. Za to słuchałam historii, które opowiadali mi ludzie, z którymi nie raz wychodziłam na melanże. Zaczęło mnie napawać przerażenie- czy i ja tak żyję? Czy i mnie to bawi? I owszem, bawiło, i to przez długi czas bardzo mocno. Ale coś się zmieniło i nie chcę już oszukiwać sama siebie.  Nie chcę dawać sobie poczucia fałszywego szczęścia, bo w perspektywie- to nie jest nic warte i to po prostu jest nieprawdziwe. Poczułam jakbym wyszła z matrixa i nigdy więcej nie chciała do niego wracać. Co nie znaczy, że nie patrzę już nawet na alkohol, nie. Ale nie wprowadzam się już w stan upojenia. Sama wizja tegowydajemi się zbyt smutna, by to robić.
     Są jeszcze inni. Fanatycy słowa "my". Ludzie, którzy swoją pustkę wypełniają innymi osobami i ładują się zupełnie bez sensu w związki, które tylko ich unieszczęśliwiają, albo w przelotne kontakty seksualne, ktore po pewnym czasie zamiast tłumić- tylko wzmagają poczucie samotności. Nie chcę już być po żadnej ze stron, a wydaje mi się, że byłam po obu. Zarówno jako ta nieszczęśliwa, nie umiejąca być sama i szukająca na siłę związku, jak i ta druga strona. Światło czyjegoś życia. Wypełniacz czyjejś pustki. To bardzo obciążająca i odpowiedzialna funkcja. I chyba byłam tego świadoma, ale to poczucie władzy i bycie epicentrum czyjegoś wszechświata dawało zbyt wiele perwersyjnem przyjemności. Mimo, że wyniszczało nas oboje. Jego, bo i tak był już nieszczęśliwy, a teraz jego szczęście zaczęło zależeć od mojej obecności (która była niepewna, bo przecież nic w życiu nie jest pewne). Mnie, bo... z tych samych powodów. Bo wciąż starałam się kogoś na siłę uszczęśliwić. Albo siebie na siłę uszczęśliwić kimś. Wyznam z ręką na sercu, to nie działa. Z żadnej ze stron.

    I co teraz? Jestem sama. Nie piję alkoholu, nie palę zioła. Korpo też mnie jakoś nie kręci. Religia nie zdała egzaminu, pisałam kilka postów wcześniej co o niej myślę. Nie mam zielonego pojęcia, co teraz. Ale mam przeczucie, że jestem na dobrej drodze. Jak to powiedział Laska w "Chłopaki nie płaczą": "musisz sobie odpowiedzieć na jedno zajebiście ważne pytanie- co lubisz robić? A potem zacząć to robić."

Szukam. Zachęcam do przyłączenia się. Na dziś to już koniec wynurzeń.
   

niedziela, 16 lutego 2014

Kognitywistyka

     Według współczesnych nurtów psychologii- zachowania ludzi, ich myśli i uczucia czerpią swoje źródło w ich schematach poznawczych.
     Ciocia Wikipedia podpowiada nam, że schemat poznawczy jest podstawowym elementem wiedzy o świecie. Zasadniczo, zgadzam się z tym. Schemat poznawczy to taka, swojego rodzaju, pojedyncza karteczka, wpięta do segregatora ludzkiego umysłu. Na tej karteczce napisane są informacje o najróżniejszych rzeczach. Każdy, przykładowo, ma swoją karteczkę "Rodzice". Nawet jeśli ktoś wychowywał się w Domu Dziecka, albo u rodziców zastępczych- każdy człowiek wybiera (nieświadomie) wzorzec Rodziców, który wydaje mu się najbardziej reprezentatywny (najczęściej oczywiście są to po prostu jego właśni rodzice). Na karteczce "Rodzice" znajdują się informacje kim tacy Rodzice są, jak się zachowują wobec siebie nawzajem, wobec dziecka, wobec innych rodziców.
Karteczki są zapisywane przez różne osoby. Początkowo przez rodziców i wychowawców, najbliższe otoczenie. Później przez nauczycieli, rówieśników, przez autorytety (niekoniecznie uznawane formalnie za autorytety).
     Czym wobec tego jest religia? Zbiorem karteczek. Są to karteczki bardzo dobrze przemyślane. Mają być uniwersalne, żeby każdy człowiek mógł je zastosować, a zawarte na nich informacje przede wszystkim mają dbać o dobro ogółu. Tak funkcjonuje większość religii. W dawnych czasach, których ani ja ani czytelnicy nie mogą jeszcze pamiętać, religia pełniła bardzo ważną funkcję: chroniła ludzi przed tym, żeby nie wyginęli. Tak więc, biorąc na warsztat religię katolicką (ale nie tylko), ludzie mają być dla siebie nawzajem życzliwi, pomagać sobie, płodzić dzieci, nie zabijać się nawzajem, nie okradać i dbać o słabszych. Jeśli się nad tym zastanowić, to był po prostu zbiór rozbudowanych poleceń, taki zintelektualizowany, uświadomiony instynkt samozachowawczy. I zdawało to- i nadal zdaje- świetnie egzamin. Społeczeństwo wykształciło religię jako formę kontroli nad sobą samym. Ta forma kontroli musi być tak prosta i tak zrozumiała, żeby wszyscy mogli się do niej zastosować, a zarazem owiana w lekki mistycyzm, żeby wywierała na ludziach presję. Religie nie mają zbyt szerokiego pola manewru jeśli chodzi o środki represyjne. W religii katolickiej karą za nieprzestrzeganie reguł gry jest pośmiertne trafienie do piekła. Jednak żeby perspektywa takiej kary była potraktowana przez ludzi poważnie, należało owinąć ją w folię mistycyzmu i symbolizmu. Przypuszczam (choć oczywiście nie jestem historyczką i mogę się śmiesznie mylić), że zanim święte księgi różnych religii zostały spisane, przypowieści zawarte w nich krążyły już pomiędzy ludźmi w formie ustnej- jak krążą plotki. Niepotwierdzone mity i rewelacje ludzie przekazują sobie również obecnie- chociażby uczniowie podstawówki, opowiadające sobie nawzajem niestworzone historie o tym, skąd się biorą dzieci, jeszcze zanim edukacja je oświeci. Jeśli komukolwiek z was los poskąpił słuchania od kolegów i koleżanek tego, że dzieci wychodzą z mamusi przez gardło lub przez pupę, polecam ten odcinek Niekrytego Krytyka.
     Na płaszczyźnie psychologicznej religia niesie wiele korzyści dla jednostki: a dlaczego by nie miała ich nieść? Dobrostan psychiczny osób wierzących i praktykujących jest wyższy, niż ateistów i wszelkich prawie-ateistycznych odłamów (chociażby agnostyków). Wychodzi to w wielu badaniach. Większość ludzi nie lubi się przemęczać. Na co dzień ma wystarczającą ilość problemów, które powodują koszta psychiczne. Więc przy konieczności podjęcia takiego czy innego zachowania ludziom o wiele łatwiej jest odwołać się do już odgórnie ustalonych schematów poznawczych. Układanie własnego kodeksu etycznego i rozpatrywanie każdej sytuacji jednostkowo jest czasochłonne i absorbujące. Ponadto układający kodeks naraża się na ewentualne koszta psychiczne związane z odpowiedzialnością za własne osądy. Dlatego większość ludzi woli zastosować już sprawdzone schematy i oczekiwać skutków swoich zachowań zgodnie z tymi opisanymi w schemacie.
     Innymi słowy: mając przed sobą perspektywę zrobienia komuś krzywdy, okradnięcia kogoś, dokonania aborcji i wielu innych tego typu rzeczy, większość ludzi odruchowo odwoła się do już utartych schematów. Nie robić czegoś zakazanego przez reguły gry, bo to grzech. A grzechy niosą za sobą negatywne skutki, bądź to w postaci karmy, czy też w życiu pośmiertnym.
     Odtrąciwszy regulamin religijny stanęłam przed prawdziwym wyzwaniem. Stworzyć własne reguły. Jeśli nic nie jest zakazane, to czy to znaczy, że wszystko wolno? Jeśli wszystko wolno, to co ze sobą zrobić? Dzieci wychowywane bez kar są rozpuszczone, znudzone, ale i nieszczęśliwe. Dzieci potrzebują jasnych reguł postępowania po to, żeby usystematyzować swoje życie. Tak samo jest z dorosłymi. Ludzie dostają naprawdę długie życie z mnóstwem możliwości. Nie da się jednocześnie zrealizować się na wszystkie możliwe sposoby, więc ludzie muszą dokonać wyboru. Z badań psychologicznych wynika, że im większy wybór tym większy paraliż jednostki próbującej się zdecydować: paraliż decyzyjny.
    Nie dałam się paraliżowi, poukładałam sobie jakieś określone zasady, których zamierzałam się trzymać. Uważałam je za niezłomne i w duchu silnie potępiałam osoby, które naruszyły w swoim życiu te moje określone zasady. Sądziłam, że są rzeczy, których się po prostu nie robi i wszystko było piękne i proste, aż dopóki sama nie zaczęłam tych rzeczy robić.
     Do potępienia wybrałam sobie coś, co ktoś zrobił mi i co bardzo mnie zraniło. Utworzyłam własny schemat poznawczy ze wszystkimi okolicznościami tego wydarzenia i postanowiłam: tego się nie robi, to jest złe i ja tego nie będę robić, w żadnych okolicznościach. Nie chciałam być tą, która rani innych ani bezpośrednio ani pośrednio. Aż odkryłam, że jednak potrafię nią być. Odkryłam, że moi przyjaciele przekraczali wielokrotnie moje własne Tabu i mieli ku temu swoje powody. Łatwo było osądzać jakichś obcych ludzi, ale z przyjaciółmi pojawia się zaangażowanie emocjonalne, które sprawia, że chcesz ich usprawiedliwiać, chcesz ich rozumieć. Więc usprawiedliwiałam poszerzając schemat poznawczy mojego Tabu o różne aneksy. Od "nie wolno Tego robić" przeszłam do "nie wolno Tego robić, no chyba, że...". Najgorsza w tym wszystkim jest ta moja dziwna cecha, to przekleństwo, które sprawia, że mimowolnie wczuwam się we wszystkie strony jakiejś sytuacji. Przykładowo w konflikcie mam problem z wybieraniem którejś ze stron, bo rozumiem obie i potrafię się wczuć w motywację obu. Nie lubię konfrontacji i kłótni, w których mam sama brać udział, bo niemal zawsze rozumiem tą drugą stronę, wczuwam się w jej sytuację i w jakiś sposób jej współczuję. Oczywiście są też wyjątki, nikt nie jest zawsze empatyczny. Zwłaszcza, gdy w grę wchodzą silne emocje. Ale prawda jest taka, że moje zasady zrobiły się mało przydatne, bo nawet to Tabu ustawiłam sobie dlatego, że ktoś kiedyś sprawił mi przykrość. A ja i tak potrafię wczuć się w tego kogoś, zrozumieć co nim kierowało.
     Lubię rozumieć. Jeśli mi się nie udaje, lubię pytać i słuchać. Tworzyć w głowie własne teorie i zawiłe schematy. Każdy człowiek, z którym miałam większą styczność, ma w mojej głowie własną reprezentację pod postacią diagnozy osobowości. Nie mylić z diagnozą chorób. Lubię dowiadywać się nowych rzeczy o czyjejś przeszłości, bo to wszystko jest składową tego, jak ta osoba się teraz zachowuje. Bo wszystkie swoje przeszłe doświadczenia ludzie przemieniają później w schematy poznawcze, lub w aneksy do istniejących już schematów.
     Schematy poznawcze są fascynujące. To one odpowiadają za to, co wam się w życiu przytrafia. Nie tylko przypadek o wszystkim decyduje. Zastanówcie się nad tym, jakie macie schematy, skąd się one wzięły i jak kształtują wasze życie- dokonując wyborów za was samych.

Dziś słuchacie ze mną