wtorek, 11 września 2012

Sentymentalizm, PMS i chaos

Dziwnie się czuję.
Właśnie napisałam bardzo długą wypowiedź o tym jak to wszystko było wspaniale na początku mojego 2 roku akademickiego i jak bardzo wszystko po drodze się schrzaniło. Wyszło pół strony dobrego tekstu, który nagle, w porywie nagłej zmiany, przerywając w pół słowa pisanie- po prostu wykasowałam, aż do pierwszej frazy o tym, że dziwnie się czuję. Bo rzeczywiście czuję się dziwnie i nie najlepiej pod względem psychicznym, ale zaraz, zaraz... czy ja naprawdę zamierzałam opublikować te pół strony narzekania i płakania nad tym, jak to wszystko się ostatnio w moim życiu chrzaniło?
Oj chyba nie.
Zdecydowanie nie.
Więc cofamy, kasujemy, i zaczynamy od początku, chociaż właściwie, to nie mogę nawet złapać żadnej konkretnej myśli, która miałaby to wszystko rozpocząć. Nie wiem, czego to jest kwestią- faktu, że moje przepony w uszach właśnie niszczy puszczony na maksymalną głośność dubstep, czy tego, że pół godziny temu leczyłam moje napięcie przedmiesiączkowe naturalnymi, ziołowymi metodami.
Głupia to jest sprawa, takie napięcie. Faceci się z tego śmieją i pukają się w głowę, i ja normalnie też bym się pukała w głowę- bo kto to myślał, żeby jakieś głupie hormony mogły człowiekowi mieszać w głowie czy w emocjach. I to aż na tyle żeby kobieta niemal straciła zdolność do logicznego wyciągania wniosków. Brzmi kuriozalnie... a jednak to prawda.
Faktem jest, że jestem osobą bardzo podatną na emocje, jednak w normalnych warunkach schlebiam sobie, że potrafię się zastanowić nad tym, czy warto się aż tak unosić. Ale niestety tylko w normalnych warunkach. Nie wiem co to za siła, te hormony, ale jest okrutna, zmuszając mnie do tego żebym bez namysłu wywalała wszystko co myślę, płakała bo chcę coś mieć, płakała jeśli tego nie dostanę, płakała jeśli to dostanę, bo jednak już nie chcę, tylko chcę coś innego, śmiała się i była przeszczęśliwa bo jednak coś chciałam i coś się ułożyło, a potem dochodziła do wniosku, że jednak życie jest tragiczne, a moja egzystencja bezsensowna. A najgorsze jest to, że nigdy się nie orientuję kiedy się zaczyna, bo skrada się malutkimi krokami i to najczęściej kiedy i tak mam w życiu pewne problemy. Więc zajmuję się na tych problemach i to skupiam się tak bardzo że wchodzę z nie w głową, nie pamiętając o niczym innym. Wreszcie problemy jakoś się rozwiązują, ale wszystkie nabrzmiałe emocje nie odchodzą sobie z oddechem ulgi, tylko siedzą w środku i szukają ujścia. Zauważam PMS zazwyczaj kiedy zaczynam powolutku wylewać te emocje. Kiedy taka porcja się wyleje, na jakąś kompletną bzdurę, albo na coś co może i potrzebowało emocji, ale nie aż takiej dawki. Wtedy przeżywam, a gdy już troszeczkę opadną, myślę sobie- czemu aż tak się tym przejęłam? Czemu aż tak mi smutno, czemu jestem aż tak zła?
A potem liczę w kalendarzu dni i wszystko staje się jasne.
Współczuję wszystkim facetom w związkach z kobietami, które przeżywają PMS. Bo podobno nie wszystkie go przeżywają. Naprawdę, moje najszczersze kondolencje z głębi serca. Nie wyobrażam sobie że miałabym znosić jakiegoś faceta miotanego emocjami biorącymi się kompletnie bez powodu i z kosmosu, a potem jeszcze akceptować jego usprawiedliwienie, że to wina hormonów. Wyśmiałabym go w twarz i żadne najmądrzejsze artykuły medyczne albo nawet te rodem z wikipedii (która, jak wiadomo, jest źródłem największych mądrości i najrozleglejszej wiedzy) nie byłyby w stanie mnie przekonać. Anielskie muszą mieć serce ci, którzy rozumieją, akceptują i kochają dłużej niż tylko przez następne 28 dni, skrupulatnie je odliczając by nie zapomnieć o dacie ucieczki na Karaiby.
No i nadal nie złapałam żadnej myśli, ale napisałam piękna wypowiedź o napięciu przedmiesiączkowym. Kiedy siedziałam w moim pokoju na parapecie, zwieszając przez otwarte okno nogi na ulicę, jak gdybym siedziała na brzegu basenu, było mi prościej. W środku nocy, kiedy blade światło latarni ukryte było pomiędzy drzewami, a ja bezpiecznie zakamuflowana na drugim piętrze, mogłam sobie pozwolić na założenie gigantycznego T-shirta (jeszcze z czasów Instytutu Matki i Dziecka, gdzie go dostałam od wolontariuszy), ubrudzonego lakierem do paznokci (btw, do kobiet: nigdy nie próbujcie malować sobie paznokci po spożyciu jakichkolwiek używek- lakier na połowie palucha, na bluzce, na dłoniach- wszędzie pięknie zaschnięty, a na paznokciach przepięknie rozpaćkany....), na beztroskie machanie nogami, na gestykulowanie i podśpiewywanie pod dźwięk słów piosenki Grubsona. Rozpuściłam włosy, które przeczesywał mi lekko chłodny wiaterek, a ja siedziałam, machałam nogami i układałam dla was piękny wpis.
No i zapomniałam.
Za to skoro już jesteśmy przy temacie sentymentalności to odwiedziłam ostatnio kilka starych miejsc. Najpierw miejscowość w której chodziłam do liceum i samą szkołę średnią. Usiedliśmy z moim starym przyjacielem czasów licealnych na parapecie, tak jak siadaliśmy przez trzy lata nauki i obserwowaliśmy przechodzących przez korytarz ludzi. Zabawne, jak po dwóch latach, mimowolnie zachowaliśmy ten sam układ i identycznie się wychyliliśmy, jak to robiliśmy kiedyś. W tej chwili pomyślałam sobie, jak brakuje mi tych czasów, ale to chyba tylko przez sentyment do przeszłości, którą my, ludzie, mamy w zwyczaju koloryzować i idealizować. W rzeczywistości teraz chyba jednak jest mi lepiej, pewniej, samodzielniej, ale jednak miło było to wspomnieć.
A potem odwiedziłam miejscowość, w której się wychowywałam. Zabawne, właśnie mimowolnie - podświadomie zapewne - zmieniłam słuchaną piosenkę na Adele - Hometown glory. Tak, ta wioseczka do której pojechałam to ta, w której spędziłam najdłuższy okres mojego życia. Bo taki to już miałam los, że sporo się na przeprowadzałam w swoim krótkim życiu- choć mojego chłopaka to chyba nigdy nie dogonię pod tym względem. Ale z Serpelicami wiążą mnie szczególne wspomnienia. Dawnych zabaw z koleżankami, kłótni z kolegami, bo przecież chłopców się nie lubiło i nie wypadało się z nimi kumplować. Najdziwniejszych, najśmieszniejszych pomysłów. Przyjaźniłam się wtedy z taką dziewczyną, która mieszkała kilka domów ode mnie. Pewnego dnia wymyśliłyśmy z nią, że urządzimy imprezę. Byłyśmy dzieciuchy z podstawówki, może z czwartej klasy. Wystroiłyśmy się, nakupiłyśmy napojów i chipsów, ustawiłyśmy ławeczki i stolik u mnie na podwórku, żeby goście mogli usiąść i puściłyśmy muzykę na maksymalną głośność żeby można było potańczyć. Zaprosiłyśmy pół klasy, przygotowałyśmy wszystko i czekałyśmy na gości, wypatrując ich przy bramie.
Nikt nie przyjechał, więc wytańczyłyśmy się we dwie, wypiłyśmy całe picie i zjadłyśmy wszystkie chipsy. Nie wiem nawet, co takiego zabawnego jest w tej historii- nie byłyśmy jakimiś wyrzutkami, których nikt w klasie nie lubił, po prostu nikt chyba nie uwierzył w tą naszą "imprezę", na którą ewidentnie byłyśmy zbyt młode, ale jednak się chciało bawić Po Dorosłemu. Ale kiedy wspominałyśmy tą historię ostatnio z tą koleżanką i moją mamą, uśmiałyśmy się we trzy jak wariatki.
Każdy krok po Serpelicach zabierał mnie do wspomnień z dzieciństwa, i jednocześnie przypominał bardzo ostro, jak wiele czasu upłynęło od tamtej pory i jak bardzo wydoroślałam. Nie było mnie tam od pięciu, albo nawet sześciu lat. Niby mało czasu, a jednak tak bardzo się zmieniłyśmy, ja i te koleżanki, z którymi się spotkałam, tak bardzo wydoroślałyśmy. Tyle się wszystkiego wydarzyło. Siedziałyśmy i rozmawiałyśmy o wszystkim, bez ściemy. Dużo się śmiałyśmy i czułam jednocześnie, jak swobodnie mogę z nimi rozmawiać, jak gdyby nic się nie zmieniło, i to, jak bardzo się zmieniłyśmy. Ostatnio kiedy tak rozmawiałyśmy byłyśmy dziećmi. Teraz jesteśmy dorosłymi kobietami i rozmawiamy zupełnie o innych rzeczach, innym tonem. Chociaż o jednej rzeczy rozmawiałyśmy niezmiennie- o miłości.
Tak, drodzy faceci, może i nie jestem jakąś pierwszej wody romantyczką, ale niestety jest to prawdą niezaprzeczalną, że kobiety całe życie myślą i mówią o miłości. Oczywiście na pewno są jakieś wyjątki, ale tak generalnie w większości, dziewczynki od dzieciństwa o tym właśnie myślą i rozmawiają. I kultura kulturą, wszystkie tak mają. Więc i my rozmawiałyśmy o miłości, tak jak i sześć lat temu, ale tym razem z mniejszym idealizmem, nowymi oczekiwaniami i większym doświadczeniem. Chociaż jakie tam właściwie doświadczenie możemy mieć mając po 20-21 lat. Ja mam na przykład na koncie aż jeden jedyny poważny związek, trwający od ponad roku po dzień dzisiejszy i z perspektywami na dalszą przyszłość (mam nadzieję). A poza tym nawet nie ma co wymieniać. Może to i lepiej właściwie, bo w tej kwestii chyba lepiej pójść w jakość niż w ilość.
No i nie namachałam nogami nic zwięzłego, ale chyba na tym już polega urok moich wpisów, że nie są ani zwięzłe, ani skupione na żadnym temacie. Takie tam felietony o wszystkim i o niczym, wpisy do pamiętnika, zapisane myśli.
Wybaczcie za chaos i chwytanie się miliona wątków. I za przerost, miejscami, formy nad treścią- w takim jestem dziś nastroju. I idźcie spać. Wystarczy wam głupot na tą godzinę. Dobranoc.

Dziś słuchacie ze mną