piątek, 25 maja 2012

Plusy i minusy

No i jestem na oddziale. Tam, gdzie powinnam była wylądować jeszcze jakiś czas temu, ale ciągle jakoś się odwlekało.
Zabawna rzecz. Trafiając do lekarza tyle się człowiek o sobie nasłucha rzeczy zupełnie niezwiązanych ze swoim stanem zdrowia. A to że waży tyle co dobry kurczak. A to że ma bardzo małe uszy.
Generalnie chorowanie może mieć swoje plusy. Np. już od półtorej roku jeżdżę po Warszawie za darmo każdym rodzajem transportu publicznego. To spora oszczędność. No i jest też renta i stypendia dla niepełnosprawnych. A w pracy dostaję tyle wolnego ile potrzebuję (pracuję na zlecenie, więc nie jest to traktowane jako urlop czy coś) bez jakichkolwiek konsekwencji. Poza tym, że mniej zarobię, ale to logiczne- skoro mniej godzin przepracuję to i mniej kasy dostanę. W wielu rzeczach mam uproszczone życie, zwłaszcza jeśli chodzi o kasę. Moi rozwiedzeni rodzice dają mi tylko tyle kasy, ile kosztuje mi opłacenie mieszkania+rachunek za telefon. Oczywiście jeśli chodzi o mamę, zawsze mogę liczyć na jakieś dodatkowe pieniądze, ale nie jestem już aż tak uzależniona. A w każdym razie nie aż tak jak większość moich znajomych. Więc są plusy.
Ale są też minusy. W pracy jest mi ciężej niż innym. A prawie połowa renty idzie na opłacenie leków, których potrzebuję. No i nie wiem, jak długo jeszcze dam radę żyć na pełnych obrotach z tym całym studiowaniem i zarabianiem. Poza tym, jak jesteś chory, część osób postrzega cię przez pryzmat niepełnosprawnego i albo próbuje twoim kosztem zasłużyć sobie miejsce w niebie (czy cokolwiek tam oni próbują osiągnąć tą swoją przesadną do porzygu życzliwością), albo odsuwa się od ciebie. Przyznam, z wiekiem spotyka mnie coraz mniej reakcji odsuwania się ludzi, ale generalnie, większość osób nie umie się zachować i nie wie, co powiedzieć. Np. ile razy widziałam zaszokowane spojrzenia moich znajomych, którzy niedawno się dowiedzieli, że jestem chora i właśnie obserwowali jak na ich oczach spożywam - ach! - alkohol na imprezie. Zresztą takie reakcje to jeszcze pół biedy, bo bywa jeszcze gorzej. Trafiają się ludzie w ogóle nie zaznajomieni z najbardziej podstawowym pojęciem taktu. Np. poznałam rok temu pewną dziewczynę- jest to znajomość bardzo luźna, byłyśmy narażone na bliższy kontakt tylko przez kilka miesięcy, a teraz już nie widujemy się wcale. Ta dziewczyna, kiedy dowiedziała się, że jestem nieuleczalnie chora, zapytała mnie wprost (nie, nie parafrazuję teraz jej pytania) kiedy umrę. Chcąc sobie z niej pokpić odpowiedziałam coś w stylu "nie znasz dnia ani godziny", i że równie dobrze ona może jutro umrzeć, wpadając  pod ciężarówkę. Była wielce urażona moją sugestią, odpowiedziała mi "no wiesz co!" strasznie oburzonym tonem, ale osiągnęłam zamierzony efekt. Miałam spokój. I może w normalnych warunkach nie przejęłabym się tym tak, ale to było tuż po śmierci mojej Olki. Jeszcze w tym okresie, kiedy ciągle płakałam na widok jej zdjęcia...
Ale takie zachowania są pojedyncze, a ujawniając się ze swoją chorobą można też znaleźć parę naprawdę świetnych osób, które wiedzą, co powiedzieć i jak pomóc. Parę osób, na które zawsze można liczyć. I byłabym nawet skłonna powiedzieć, że chorowanie nie jest aż takie złe, gdybym nie odkryła ostatnio (przeglądając papiery i czytając wydruki wyników starych badań), że w ciągu ostatniego pół roku wydolność płuc spadła mi o 18%.
Prawdopodobnie będę teraz pisać trochę częściej na blogu. Mam nadzieję, że nie przytłoczyła was zmiana serwera i adresu bloga i że nie straciłam zbyt wielu moich czytelników (bo przecież jakichś tam na pewno mam). Jak zwykle, zachęcam was do komentowania, bo właściwie, to i tak mi się nudzi (powinnam teraz pisać pracę roczną, zamiast wpis na bloga, no ale nieważne).
Trzymajcie się.

piątek, 18 maja 2012

Marudzenie

Brakuje mi ostatnio marudzenia.
Każdy czasami lubi sobie usiąść i pomarudzić. Ja ostatnio wkręciłam się w ogarnianie wszystkiego dookoła, a nie mogę sobie porządnie pomarudzić, tak, jakby mi się chciało. Z pytaniami naprowadzającymi w stylu "a jak się czujesz?", "i co było wtedy?", "może to przez to i to...?". Z żałowaniem mnie, oj jaka ja biedna i nieszczęśliwa. To nawet nie tak, że chcę usiąść i użalać się nad sobą cały czas, ale raz na jakiś czas, uważam, że to zdrowe, że ktoś nas może pożałować, skupić się na naszych problemach, po prostu wysłuchać i chociażby poudawać zaangażowanie.
Okej, mam chłopaka. I okej, była u mnie ostatnio przyjaciółka. I była moja mama. Ale z przyjaciółką było więcej śmiechu niż marudzenia (swoją drogą może to i lepiej, bo przecież śmiechu też potrzebuję), a reszta ma własne problemy na głowie i trudno mi się im dziwić. Ale jednak- chce mi się pobyć małą dziewczynką, która rozpacza nad tym, że podrapała sobie kolanko... Cóż, chyba już za późno na takie życzenia.
Obejrzałam niedawno "65 czerwonych róż", znowu. Nie znam Evy i nie czytałam jej bloga ani przed jej śmiercią ani po, a jednak po obejrzeniu tego filmu poczułam z nią dziwną więź. Trochę przypomina mi mnie samą, a trochę moją Olę, która też wspierała wszystkich wokół i miała mnóstwo internetowych i prawdziwych przyjaciół. Gdybym nie wiedziała, że Eva zmarła 2 lata po przeszczepie, czekając na drugi przeszczep, ten film dokumentalny byłby szalenie optymistyczny. I oglądając go po raz drugi, patrzę na niego bardziej przez taki pryzmat. Już nie ryczę w poduszkę, a rozrywam się pomiędzy dwiema opcjami.
Tak to już w życiu jest, to naturalny psychologiczny mechanizm, że uświadomienie własnej śmiertelności wzbudza w ludziach dwie reakcje, do wyboru, co kto woli. O tym były nawet ostatnie dwa, czy trzy odcinki Dr. House'a (ten serial nigdy nie przestanie mnie zachwycać tym, jak wiele poważnych i prawdziwych tematów porusza). Zrobię wam mały spoiler: najlepszy przyjaciel House'a dowiedział się, że ma raka i że zostało mu jeszcze 5 miesięcy życia. I tak oto rozrywa się pomiędzy dwiema możliwymi reakcjami. Może spędzić resztę życia na ulotnych przyjemnościach, korzystając z chwili i robiąc różne szalone rzeczy, a może poświęcić swoje życie najbliższej osobie- najlepszemu przyjacielowi, opiekując się nim i walcząc ze swoją chorobą dla niego, by móc wytrwać z nim jak najdłużej.
I wydaje mi się, że tak to już jest z każdym chorym, który dostaje "termin ważności" (wybaczcie tą przedmiotowość). Mamy do wyboru, dbać o swoje zdrowie, w nadziei, że pociągniemy jeszcze trochę, i że ta końcówka będzie wartościowa (i wybierzcie tu dowolne wartościowanie- jako ocena innych ludzi lub jako wartość, wskazująca naszą pozycję w tzw. życiu po śmierci wedle naszych zasług). Możemy też wykorzystać tą końcówkę, traktując życie i świat stricte hedonistycznie i egoistycznie. Czerpać z niego wszystko, co się da, a potem, jak to mówił Woland w Mistrzu i Małgorzacie, "wydać ucztę za te dwadzieścia siedem tysięcy, a potem zażyć truciznę i przenieść się na tamten świat przy dźwiękach strun, wśród oszołomionych winem pięknych kobiet i wesołych przyjaciół."
Kusząca perspektywa, jedna i druga. Oglądając zmagania Evy, chcę być dobrym człowiekiem, opiekować się innymi, olać siebie i zająć się cudzymi problemami. Ale kiedy widzę jej pożegnanie, nagrane kamerką internetową trzy dni przed jej śmiercią... nagle wszystko na świecie wydaje się takie ulotne i nic nie znaczące.
A zresztą, może to wszystko- całe te moje rozważania to tylko chandra, jako reakcja na ostatnią wiadomość o śmierci Kamila, mojego starego znajomego z Instytutu Matki i Dziecka. Któżby pomyślał, chłopak zmarł w wieku 23 lat a nawet nie czekał jeszcze na przeszczep. Oczywiście po tylu informacjach o różnych śmierciach, a zwłaszcza po zeszłym roku, kiedy w samym szpitalu w Warszawie zmarło, jak mi się zdaje, ponad 5 osób chorych na muko, i to jakoś tak w ciągu pół roku, więc na dość krótkim odcinku czasu- powinnam się znieczulić. I trochę tak jest. Znieczulica dopada po pewnym czasie wszystkich, zwłaszcza kiedy te śmierci są takie same, szablonowe. Nie wiem jak to jest w statystykach, ale z moich osobistych obserwacji wynika, że chorzy na muko najczęściej umierają czekając już na przeszczep albo na kwalifikację do przeszczepu. Ale czasami, zwłaszcza kiedy umiera ktoś, kogo dobrze znam, trochę mnie to rusza.
Dobra, wystarczy. Nadrobiłam zaległości, mam nadzieję, że wybaczycie mi wcześniejsze długie milczenie i brak bardziej treściwych, przemyslanych wpisów. Trzymajcie się, do następnego razu.

czwartek, 17 maja 2012

Migracja

Moi drodzy czytelnicy,
wiem, że trochę utrudniam wam życie zmieniając adres bloga i przenosząc się na inny serwer. Niestety onet doprowadzał mnie do szału. Nie wiem czy zauważyliście, ale od dłuższego czasu nie dało się dostać na mojego bloga z powodu jakichś dziwnych błędów i jeszcze dziwniejszych przekierowań. Poczytałam więc w internecie o tym, jaki serwis jest najbardziej polecany przez innych blogerów i wylądowałam tutaj. Myślę, że moja współpraca z bloggerem ułoży się o wiele lepiej.
Tak więc Nastialandia nadal istnieje, choć przemigrowała.
Nie miałam ostatnio chęci ani weny żeby opisywać wam, co się dzieje w moim życiu, bo dzieje się dużo różnych rzeczy. I tych lepszych i tych gorszych, naprawdę różnych. Powiem tylko tyle, że na majówkę byłam w Niemczech, ale nareszcie mój przymus podróży do Niemiec się zakończy, bo chłopaka będę miała na miejscu, tu, w Warszawie.
Co do zdrowia... ciężko mi jest wam powiedzieć coś więcej, serio. Raz jest gorzej, raz jest lepiej. Generalnie obserwuję pogorszenie, ale bardzo rozłożone w czasie, więc może nie jest tak źle. Nie choruję, nie mam jakichś infekcji. Miałam niezłą przygodę w bólami w klatce piersiowej- nie wiadomo skąd i nie wiadomo dlaczego, przez dwa tygodnie męczyły mnie bóle w klatce piersiowej. Wybrałam się do lekarza, który na poczatku podejrzewał odmę, potem zator płucny, a na końcu powiedział że według wyników nic mi nie jest i mam wracać do domu łykać sobie antybiotyk. Ręce mi opadają, bo bolało naprawdę ostro, przeciwbólowe nie pomagały, a nie dostałam żadnej informacji zwrotnej typu co, jak, dlaczego i jak sobie z tym radzić. Ale chyba tak to już jest na pewnym etapie- trzeba się pogodzić z faktem, że żadnych rewelacji nie usłyszymy i nie dostaniemy żadnego magicznego antidotum. Po prostu zaciskamy zęby i żyjemy dalej.
Chciałabym móc powiedzieć, że przynajmniej na studiach wszystko jest w porządku, ale nie mogę. Jestem paskudnym leniem i olewczo potraktowałam sobie ten semestr. Mam nadzieję, że nie będę musiała ponieść ogromnych konsekwencji z tego powodu. Przede mną jeszcze dwa tygodnie na napisanie pracy rocznej, a poza konspektem nic nie mam, ale myślę, że jakoś sobie poradzę. Zawsze wszystko odkładam na ostatni termin, a potem jakoś się udaje. Tym razem też dam radę. Wybieram się dziś do biblioteki, wypożyczam coś i będę walczyć. Boże, dopomóż. Przyznam szczerze, że coraz mniej mi się chce studiować, mam coraz większą ochotę rzucić wszystko w cholerę i pracować, bo i tak nie wiadomo, jak długo pociągnę pracę i studia. Obserwuję wszystkich znajomych i przygotowuję się psychicznie do tego, że pewnego dnia będę musiała zrezygnować z wielu rzeczy. Tragedii nie ma, poradzę sobie. Dziękuję losowi, że trafiła mi się taka świetna praca, w której mogę brać wolne, wypoczywać, leczyć się i nie mieć potem z tego powodu żadnych konsekwencji. Poszczęściło mi się z tą pracą, nie ma co.
Nie mam dla was żadnych głębokich przemyśleń ani refleksji, a nawet jeśli coś mam, to chyba jest to zbyt przygnębiające żeby tutaj pisać. Ale nie martwcie się, idziemy do przodu, żyjemy dalej, byle do końca semestru. Naprawdę, marzę już żeby nadszedł czerwiec, żeby praca roczna się magicznie napisała i żeby skończyć ten rok.
Nie tęsknijcie zbytnio, odezwę się.

Dziś słuchacie ze mną