piątek, 18 maja 2012

Marudzenie

Brakuje mi ostatnio marudzenia.
Każdy czasami lubi sobie usiąść i pomarudzić. Ja ostatnio wkręciłam się w ogarnianie wszystkiego dookoła, a nie mogę sobie porządnie pomarudzić, tak, jakby mi się chciało. Z pytaniami naprowadzającymi w stylu "a jak się czujesz?", "i co było wtedy?", "może to przez to i to...?". Z żałowaniem mnie, oj jaka ja biedna i nieszczęśliwa. To nawet nie tak, że chcę usiąść i użalać się nad sobą cały czas, ale raz na jakiś czas, uważam, że to zdrowe, że ktoś nas może pożałować, skupić się na naszych problemach, po prostu wysłuchać i chociażby poudawać zaangażowanie.
Okej, mam chłopaka. I okej, była u mnie ostatnio przyjaciółka. I była moja mama. Ale z przyjaciółką było więcej śmiechu niż marudzenia (swoją drogą może to i lepiej, bo przecież śmiechu też potrzebuję), a reszta ma własne problemy na głowie i trudno mi się im dziwić. Ale jednak- chce mi się pobyć małą dziewczynką, która rozpacza nad tym, że podrapała sobie kolanko... Cóż, chyba już za późno na takie życzenia.
Obejrzałam niedawno "65 czerwonych róż", znowu. Nie znam Evy i nie czytałam jej bloga ani przed jej śmiercią ani po, a jednak po obejrzeniu tego filmu poczułam z nią dziwną więź. Trochę przypomina mi mnie samą, a trochę moją Olę, która też wspierała wszystkich wokół i miała mnóstwo internetowych i prawdziwych przyjaciół. Gdybym nie wiedziała, że Eva zmarła 2 lata po przeszczepie, czekając na drugi przeszczep, ten film dokumentalny byłby szalenie optymistyczny. I oglądając go po raz drugi, patrzę na niego bardziej przez taki pryzmat. Już nie ryczę w poduszkę, a rozrywam się pomiędzy dwiema opcjami.
Tak to już w życiu jest, to naturalny psychologiczny mechanizm, że uświadomienie własnej śmiertelności wzbudza w ludziach dwie reakcje, do wyboru, co kto woli. O tym były nawet ostatnie dwa, czy trzy odcinki Dr. House'a (ten serial nigdy nie przestanie mnie zachwycać tym, jak wiele poważnych i prawdziwych tematów porusza). Zrobię wam mały spoiler: najlepszy przyjaciel House'a dowiedział się, że ma raka i że zostało mu jeszcze 5 miesięcy życia. I tak oto rozrywa się pomiędzy dwiema możliwymi reakcjami. Może spędzić resztę życia na ulotnych przyjemnościach, korzystając z chwili i robiąc różne szalone rzeczy, a może poświęcić swoje życie najbliższej osobie- najlepszemu przyjacielowi, opiekując się nim i walcząc ze swoją chorobą dla niego, by móc wytrwać z nim jak najdłużej.
I wydaje mi się, że tak to już jest z każdym chorym, który dostaje "termin ważności" (wybaczcie tą przedmiotowość). Mamy do wyboru, dbać o swoje zdrowie, w nadziei, że pociągniemy jeszcze trochę, i że ta końcówka będzie wartościowa (i wybierzcie tu dowolne wartościowanie- jako ocena innych ludzi lub jako wartość, wskazująca naszą pozycję w tzw. życiu po śmierci wedle naszych zasług). Możemy też wykorzystać tą końcówkę, traktując życie i świat stricte hedonistycznie i egoistycznie. Czerpać z niego wszystko, co się da, a potem, jak to mówił Woland w Mistrzu i Małgorzacie, "wydać ucztę za te dwadzieścia siedem tysięcy, a potem zażyć truciznę i przenieść się na tamten świat przy dźwiękach strun, wśród oszołomionych winem pięknych kobiet i wesołych przyjaciół."
Kusząca perspektywa, jedna i druga. Oglądając zmagania Evy, chcę być dobrym człowiekiem, opiekować się innymi, olać siebie i zająć się cudzymi problemami. Ale kiedy widzę jej pożegnanie, nagrane kamerką internetową trzy dni przed jej śmiercią... nagle wszystko na świecie wydaje się takie ulotne i nic nie znaczące.
A zresztą, może to wszystko- całe te moje rozważania to tylko chandra, jako reakcja na ostatnią wiadomość o śmierci Kamila, mojego starego znajomego z Instytutu Matki i Dziecka. Któżby pomyślał, chłopak zmarł w wieku 23 lat a nawet nie czekał jeszcze na przeszczep. Oczywiście po tylu informacjach o różnych śmierciach, a zwłaszcza po zeszłym roku, kiedy w samym szpitalu w Warszawie zmarło, jak mi się zdaje, ponad 5 osób chorych na muko, i to jakoś tak w ciągu pół roku, więc na dość krótkim odcinku czasu- powinnam się znieczulić. I trochę tak jest. Znieczulica dopada po pewnym czasie wszystkich, zwłaszcza kiedy te śmierci są takie same, szablonowe. Nie wiem jak to jest w statystykach, ale z moich osobistych obserwacji wynika, że chorzy na muko najczęściej umierają czekając już na przeszczep albo na kwalifikację do przeszczepu. Ale czasami, zwłaszcza kiedy umiera ktoś, kogo dobrze znam, trochę mnie to rusza.
Dobra, wystarczy. Nadrobiłam zaległości, mam nadzieję, że wybaczycie mi wcześniejsze długie milczenie i brak bardziej treściwych, przemyslanych wpisów. Trzymajcie się, do następnego razu.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Dziś słuchacie ze mną