Już od dłuższego czasu nosiłam się z zamiarem napisania czegoś sensownego. Nie pisałam jednak nic, choć bardzo to lubię. Dlaczego? Pomijając fakt, że czułam, że temat jeszcze nie "dojrzał" we mnie, to zwyczajnie byłam zbyt zmęczona.
Co jakiś czas staram się patrzeć na swoje życie z dystansem. Właśnie to natchnęło mnie do napisania tego tekstu. Spojrzenie z lotu ptaka na moje życie razem ze wszystkimi jego składowymi: w tym z życiami moich znajomych i przyjaciół, których historie przeplatają się z moją. I zaczęłam się zastanawiać: czy nie jest przypadkiem tak, że jesteśmy wszyscy bandą nieszczęśliwych ludzi?
Media, gazetki pseudopsychologiczne, filmy, internety- wszystko to bombarduje nas egocentryzmem, czyli dominującym obecnie nurtem w naszej kulturze. Chwytliwe hasełka brzmią prosto i zwięźle. Mówią nam o "zdrowym egoizmie", o "braniu życia we własne ręce", o tym, jak to powinniśmy spełniać swoje marzenia i nie wahać się. A my, młodzi ludzie, łykamy to niczym młody pelikan, wierzymy i marzymy.
Gdyby zapytać, mało kto z nas wyobrażał sobie siebie samego w gimnazjum czy liceum w takiej postaci, w jakiej jest teraz. Wszyscy myśleliśmy, że będzie inaczej. W większości przypadków nierealistycznie i lepiej. Barwniej, ciekawiej, bogaciej, szczęśliwiej. Myśleliśmy, że studia będą fascynujące, Prowadzący nauczą nas życia, na staż przyjmą nas z pocałowaniem ręki, w pracy będzie miło. Niektórzy starali się pewnie myśleć bardziej realistycznie- no może nie zarobimy kokosów, ale będziemy robić to, co kochamy.
Czy ktokolwiek z nas robi to, co kocha? To, co zaplanował? Czujecie to, naprawdę? Bo ja widzę wielką samooszukującą się masę, łagodzącą dysonans pomiędzy swoim wyobrażeniem swojego życia, a rzeczywistością. Masę nieszczęśliwych ludzi, zapychających w sobie pustkę.
Czym? Sposoby są różne. Niektórzy próbują robić to pieniędzmi albo ambicjami. Zarzynają się w korporacjach. O tak, korporacje są zbawieniem dla ludzkości, dla tych szarych nieszczęśliwych mas, bo - te odpowiednio umiejętne - dają im dokładnie to, czego te masy potrzebują. Dają cel.
Co jest ulubionym korpozwrotem, używanym na wszystkich szkoleniach i mitingach? Zaangażowanie w markę. O co chodzi? Sprawa jest prosta. Związujesz się emocjonalnie z firmą, która daje ci pracę. Identyfikujesz się z jej sukcesami i porażkami. To doskonała symbioza. Jedno nie może istnieć bez drugiego, korporacja daje ci więcej korzyści niż tylko wypłata. Daje ci sens życia i zdejmuje z twoich barków odpowiedzialność za nie. Nagle nie musisz już się niepokoić o sens swojej egzystencji. Nie musisz szukać sposobu, jak się uszczęśliwić i jak sprawić sobie przyjemność. Korporacja robi to za ciebie. Obiecuje ci w przyszłości niemalże wieczne zbawienie- tylko osiągnij ustalone przez menadżerów cele, dopnij deadlinów i marka będzie się rozwijać, a ty razem z nią. Korporacja pójdzie nawet krok dalej i da ci więcej. Wsunie ci w desperowane dłonie wszystkie wymówki, których zechcesz użyć, usprawiedliwiając się sam przed sobą. Przerobi cię na papkę mięsa oddzielanego mechaniczne szybciej niż fabryka parówek przerobi świńskie chrząstki, a ty do upadłego będziesz powtarzał, że robisz pracę, którą kochasz. Korporacje są super. Nie dziwię się ludziom, którzy tkwią w nich latami. To jak syndrom sztokholmski. Zakochujesz się w swoim oprawcy, jest chujowo, ale stbilnie. Zatapiasz się w mięciutkiej, relaksującej bierności.
Zupełnie inną kategorią ludzi są ci poupychani po różnych pracach (corpo lub nie), ale nie czujących "zaangażowania w markę". Jeśli nadal należą do nieszczęśliwych mas, przed nimi cały zakres nałogów. Alkhol jest najprostszy, a zarazem społecznie aprobowany. Pijemy wszyscy razem. Za lepszy czas, jak w piosence. Bo choć nie mamy już 14 lat, nadal wierzymy, że ten czas nadejdzie, że całe to szczęście jeszcze przed nami. Mówi się, że to domena młodych, że teraz tylko piją imprezują. Ale jak można ich winić? Nie potrafią nic innego. Czy uczył ich ktoś odpowiedzialności za własne życie? Czy pokazał im ktoś jak marzyć i czym się cieszyć? Powiedziałabym, że nasze bierne państwo w resztkach postkomunizmu przekazuje młodym prosty wzorzec- czekaj aż inni dadzą ci jakieś profity, bo przecież ci się należy. Ale myślę, że bierność nie jest tylko chorobą naszego kraju. Tak czy inaczej, alkohol jest na to rewekacyjny. Daje iluzję szczęścia. Pijesz, idziesz na imprezę, ludzie się śmieją razem z tobą, tańczą razem z tobą, słuchacie muzyki i wydaje wam się, że prowadzicie filozoficzne dyskusje i życiu. Wszystko po alkoholu wydaje się głębsze, pełniejsze, ważniejsze. O marihuanie nawet nie wspomnę, o tym, jak wyostrza zmysły i zmienia myślenie. I całe te smutne, nieszczęśliwe masy zapominają nagle o tym, że są nieszczęśliwe, a nawet mają zorganizowany czas. Od imprezy do imprezy leczą kaca, w chwilach trzeźwości porównują wrażenia ze znajomymi. W maju leżałam w szpitalu, więc siłą rzeczy nie mogłam pić. Za to słuchałam historii, które opowiadali mi ludzie, z którymi nie raz wychodziłam na melanże. Zaczęło mnie napawać przerażenie- czy i ja tak żyję? Czy i mnie to bawi? I owszem, bawiło, i to przez długi czas bardzo mocno. Ale coś się zmieniło i nie chcę już oszukiwać sama siebie. Nie chcę dawać sobie poczucia fałszywego szczęścia, bo w perspektywie- to nie jest nic warte i to po prostu jest nieprawdziwe. Poczułam jakbym wyszła z matrixa i nigdy więcej nie chciała do niego wracać. Co nie znaczy, że nie patrzę już nawet na alkohol, nie. Ale nie wprowadzam się już w stan upojenia. Sama wizja tegowydajemi się zbyt smutna, by to robić.
Są jeszcze inni. Fanatycy słowa "my". Ludzie, którzy swoją pustkę wypełniają innymi osobami i ładują się zupełnie bez sensu w związki, które tylko ich unieszczęśliwiają, albo w przelotne kontakty seksualne, ktore po pewnym czasie zamiast tłumić- tylko wzmagają poczucie samotności. Nie chcę już być po żadnej ze stron, a wydaje mi się, że byłam po obu. Zarówno jako ta nieszczęśliwa, nie umiejąca być sama i szukająca na siłę związku, jak i ta druga strona. Światło czyjegoś życia. Wypełniacz czyjejś pustki. To bardzo obciążająca i odpowiedzialna funkcja. I chyba byłam tego świadoma, ale to poczucie władzy i bycie epicentrum czyjegoś wszechświata dawało zbyt wiele perwersyjnem przyjemności. Mimo, że wyniszczało nas oboje. Jego, bo i tak był już nieszczęśliwy, a teraz jego szczęście zaczęło zależeć od mojej obecności (która była niepewna, bo przecież nic w życiu nie jest pewne). Mnie, bo... z tych samych powodów. Bo wciąż starałam się kogoś na siłę uszczęśliwić. Albo siebie na siłę uszczęśliwić kimś. Wyznam z ręką na sercu, to nie działa. Z żadnej ze stron.
I co teraz? Jestem sama. Nie piję alkoholu, nie palę zioła. Korpo też mnie jakoś nie kręci. Religia nie zdała egzaminu, pisałam kilka postów wcześniej co o niej myślę. Nie mam zielonego pojęcia, co teraz. Ale mam przeczucie, że jestem na dobrej drodze. Jak to powiedział Laska w "Chłopaki nie płaczą": "musisz sobie odpowiedzieć na jedno zajebiście ważne pytanie- co lubisz robić? A potem zacząć to robić."
Szukam. Zachęcam do przyłączenia się. Na dziś to już koniec wynurzeń.