Niedługo wychodzę!
Wczoraj miałam bronchoskopię. Bez zbędnego koloryzowania, było to naprawdę najgorsze doświadczenie mojej dotychczasowej egzystencji, wliczając wszystkir osiem operacji na nosie,dwie z nich bez anestezjologii, wszystkie przygody z wenflonami i zastrzykami, gastroskopie, endoskopie, różne rzeczy robione przez lata noszenia różnych aparatów na zębach i drastyczne bóle w ramach PMSu. Trwająca zaledwie 5minut bronchoskopia wysunęła się na czołówkę. Fart, że moja była bez komplikacji.
Gdy znieczulono mi jamę ustną i gardło drugą dawką leku, poczułam atak paniki. Byłam w pełni świadoma, żadnych "głupich jaśków", żadnych uspokajaczy. Świadoma, co mi się za chwilę zrobi, spanikowałam. Usiadłam i zdrętwiałym od znieczulacza językiem oznajmiłam, że ja już dziękuję, rozmyśliłam się, jednak nic nie chcę, tylko się wypisać i w ogóle czuję się już świetnie. Ale ja nie uciekam, nie poddaję się kiedy jest ciężko. I tym razem zostałam. Doktor S. przez cały zabieg trzymał mnie za rękę. Wiem, że to po prostu "zwyczaj" lekarzy, bo i inni lekarze prowadzący robili tak swoim pacjentom, ale mimo wszystko bardzo mnie poruszył i wsparł ten mały gest. Dobrze było wiedzieć, że nie porzucił mnie na pastwę bronchoskopu. Czuć, że obok stał ktoś, komu zależało na moim dobru. Że ten ktoś czuwa. Nie potrafię sobie wyobrazić, jak to jest, być doktorem S. Neutralność neutralnością, ale nie wierzę, że on potrafi tak kompletnie się odciąć i nie przywiązywać. Przecież my rozmawiamy, nie tylko o leczeniu. Opowiadam mu o mojej pracy, on czasami przyniesie jakąś anegdotę z lekarskiego. Nie wierzę, że nie wiązał się emocjonalnie ze swoimi innymi pacjentami. A skoro to robił, bardzo mu współczuję. To musi być ogromny ciężar dla psychiki. Być jedyną osobą, która może pomóc, ale tak naprawdę nie móc pomagać. Przecież on nikogo z nas nie wyleczy. Jedyne, co robi, to przedłuża życie. I okej, ja jestem w dobrym stanie. Ale u niektórych, którzy już odeszli, to było tylko przedłużanie agonii. Nie ma i nie było środków żeby ich uratować, więc umarli. Traktowali go, nawet mimowolnie, pomimo świadomości charakteru tej choroby, jako kogoś, kto magicznie ich ocali. A on nic nie mógł zrobić ponad to, co już robił. I jakkolwiek wielkiego wysiłku by w to nie wkładał, oni i tak umierali. Za młodo i zbyt szybko, boleśnie, ciężko. O nie, nigdy nie chciałabym być doktorem S. Tak samo, jak nigdy nie chciałabym też być onkologiem- ani żoną onkologa. Nie wyobrażam sobie, żeby nieść to brzemię. Bardzo mu współczuję i żałuję, że kiedykolwiek dawałam mu odczuć, że jestem niezadowolona z tego, że on "nic nie robi", gdy po prostu nie miał co zrobić.
Ale dość już tych smętów. Nie chcę byście odnieśli złudne wrażenie, że ja tu tylko leżę i sobie biernie umieram. Wyglądam całkiem normalnie, chodzę, dużo gadam i dużo się śmieję. Jak zwykle. Przez ten pobyt nakupiłam tyle ubrań, urywając się na parę godzin do centrów handlowych, że będę musiała wracać do domu na "dwie raty". Część rzeczy przewiozę w reklamówkach jutro, a resztę normalnie w walizce w piątek, kiedy już wyjdę. Marzy mi się naprawdę dobra impreza. Na szczęście są ludzie, którzy na mnie czekają, aż wyjdę i zabalujemy. Chcę się napić, potańczyć, pobawić, rozerwać. Wszystkich chętnych z przyjemnością zabiorę ze sobą. Piątek, czyli pojutrze, powinien być dniem wyzwolenia i radości z tej okazji.
A potem Kraków, Coke Festival, jeśli nic mi nagle nie wypadnie, nic się nie wydarzy. A we wrześniu grecki obóz studencki. Powinno być dobrze.
Więc jeśli ktoś jeszcze tęskni i chce mieć pewność, że mnie złapie w jakimś miejscu,to macie jeszcze dwa dni na odwiedziny. Po nich nie wiem, gdzie będę, ale na pewno jak najdalej od tej geriatrii.
środa, 31 lipca 2013
sobota, 27 lipca 2013
Na przełomie XX i XXI
Dzień dwudziesty.
Ja, Franz Ferdinand i moja kroplówka dajemy czadu. Nie wiem, kiedy stąd wyjdę. Zaczynam się przyzwyczajać. Gdyby nie kroplówki i badania, byłoby prawie jak na koloniach. Okropne żarcie, ktoś denerwujący w pokoju, dużo odpoczynku i spotkania z przyjaciółmi.
Rekonwalescencja psychiczna ma się nieźle. Nawet jeśli wciąż nie wiem, czego dalej chcę od życia i siebie samej, wiem już przynajmniej, co było dla mnie szkodliwe. Uczę się zapominać, skoro nie umiem zmienić przeszłości. Uczę się wybaczać samej sobie naiwność. Idzie mi całkiem nieźle, leczę ranę, która leczona już była kilka razy. Gdybym nie rozdrapywała jej uparcie na nowo po killku miesiącach, dawno już by się zagoiła, wiem o tym. Ale masochizm leży chyba w mojej naturze, odziedziczonej zresztą po mojej rodzicielce.
Oglądam tu różne zjawiska i różne przejawy miłości. Piękna obserwacja, napawa nadzieją. Pewna kobieta, moja poprzednia sąsiadka, miała niesamowitą rodzinę. Codziennie byli u niej w stałym składzie, aż śmiała się, że ma ich już dość. Kiedy jej młodsza córka miała urodziny, przynieśli do szpitala tort ze świeczkami, aparaty fotograficzne, kamery, prezenty, przyszedł chłopak solenizantki. W szpitanej sali zdmuchnięto świeczki, złożono życzenia, nalali sobie nawet potajemnie po trochu szampana. Patrzyłam na nich jak zaczarowana. Na tą cudowną rodzinę, dla której czymś oczywistym było przeniesienie świętowania w szpitane mury. Ta kobieta miała nowotwór płuc. Parę dni później zrobiono jej operację. Przeżyła, ale wycięto jej kilka węzłów chłonnych. Będzie musiała na siebie uważać, bo odporność teraz będzie miała marniutką.
A teraz mam na sali kobietę, króra ma dwie wspaniałe córki. Lubię obserwować jej relacje z młodszą z nich, bo przypominają mi moje kontakty z mamą. Zmęczona i głodna córka wpadła po pracy w odwiedziny. Jest tu codziennie. Wczoraj siedziała do późna. Według regulaminu odwiedzający mogą przebywać na terenie oddziału do 22. Córka uciekła. 21:58, niosąc w rękach wszystkie rzeczy, które miała ze sobą. Wybiegając w ostatnich minutach przez drzwi zawołała niewyraźnie, trzymając w zębach plastikowy kubek z kawą z automatu, "kocham cię!" i pobiegła, nawet nie czekając na odpowiedź.
Parę sal dalej leży koleżanka. Choruje tak jak i ja, ale jest starsza, więc choroba jest bardziej zaawansowana. Widuję ją tylko przechodząc przez korytarz i zaglądając przelotnie przez uchylone drzwi. Nie wpadam, bo mogę być dla niej zagrożeniem. Ne wiem, czy jestem. Dla zdrowych ludzi nie jestem. Ale dla niej mogę być, więc lepiej nie ryzykować. Jej mama spędza tu niemal wszystkie dni, siedzi do późnego wieczoru. Któregoś razu, kiedy było z nią gorzej, mijałam matkę w korytarzu i widziałam u niej łzy w oczach. Sama je miałam.
A nedawno przyjaciółka wpadła do mnie bardzo zmarnowana i smutna. Zapytałam, co się stało. Siedziałam, z kroplówką podłączoną do wyprostowanej ręki, po turecku. Położyłam sobie na nogach poduszkę, a ona położyła na niej głowę. Głaskałam ją po głowie, niemal machnalnie, jak się głaszcze własne dziecko. Opowiedziała mi, że niedawno śniło jej się, że jestem uwięziona w klatce, męczę się,a ona nijak nie może mi pomóc i może się tylko przyglądać, a kiedy podejmuje próbę uwolnienia mnie- rani się boleśnie na ostrych kolcach przymontowanych do klatki. Nie trzeba być psychologiem, żeby wiedzieć, czego metaforą jest jej sen. Czemu się przyglądała, a nie mogła pomóc. Płakała. A ja głaskałam ją i sama niemal płakałam, ale uparcie mówiłam, że wszystko będzie dobrze. Dwa dni temu to ja wypłakiwałam się w jej ramionach, że boję się następnych dni, miesięcy, lat. Nie wiem, która z nas czuła do tej drugiej większą miłość.
Nawet nie mówię o mojej mamie. Kiedy powiedziałam jej, że wyniki są słabe, że bronchoskopia jest w najbliższych planach, że się boję, stanęła na wysokości zadania. Głos miała tak wesoły, jak gdyby chciała podnieść na duchu cały orszak pogrzebowy. A przecież wiem, że potem płakała, kiedy się rozłączyłam. Nie mówiła mi tego i nie musiała. Ale moja mama to temat na książkę, nie na marny akapit we wpisie na blogu.
Jeśli napiszę kiedykolwiek książkę, a bardzo bym chciała, to będzie ona o miłości. I o smutku, bo nie bywa tak w życiu, żeby było jedno bez drugiego. Opiszę, na jakie poświęcenia idzie ktoś, kto kocha. W jakie naciągane kłamstwa wierzy. Jakie kłamstwa mówi chcąc uchronić kochaną osobę nie przed swoimi grzeszkami, ale przed nią samą. Napiszę, jakie altruistyczne potrafią być kłamstwa i jak altruistycznie chcemy w nie wierzyć.
Ale to wszystko jeszcze przede mną. A na początek po prostu rozpocznę dzień dwudziesty pierwszy.
poniedziałek, 22 lipca 2013
Odciążenie poznawcze
Przyjechałam tutaj po to, że odpocząć i poukładać sobie w głowie. Po ostatnich przeżyciach bardzo tego potrzebuję. Zagubiłam się w tym, kim jestem, jaka jestem, czego chcę od życia i co dalej mam ze sobą zrobić. O tym, że jestem Księżniczką Naiwności wiedziałam już dawno temu. Nie sądziłam tylko, że tak niefortunnie to się przeciwko mnie obróci.
Więc jestem tutaj już czternasty dzień, ale spokoju nie zaznałam. Spokój wyobrażam sobie jako ciszę, odizolowanie się od świata i otaczających mnie ludzi. Ostatnio miałam bardzo ciężkie dwa tygodnie w pracy. Pracuję w tak zwanym "luksusowym hotelu" jako recepcjonistka. Jestem dziewczyną od wszystkiego. Od wystawiania faktur, przyjmowania skarg, meldowania i wymeldowywania, udzielania informacji o hotelu, o Warszawskich klubach, eventach, restauracjach. Muszę wiedzieć nie tylko ile jest metrów w pokoju, ale i ile kilometrów od Mokotowa do Woli.
To historia prawdziwa. Dzwoni telefon:
- Hotel XXX, recepcja, w czym mogę pomóc? - pytam standardowo. Odpowiada mi kobiecy głos. To telefon z zewnątrz, nie jest to gość naszego hotelu, po prostu ktoś znalazł nasz numer i sobie zadzwonił.
- Proszę panią, jak daleko jest z Woli do Mokotowa?
- No nie wiem, wie pani, to są dwie różne dzielnice Warszawy. - odpowiadam z lekkim roztargnieniem.
- Ale ile to kilometrów?
Takich historii jest wiele, pytań również. Przykładowo zdarzyła się sytuacja, że do hotelu wszedł mężczyzna z ulicy z osobliwym pytaniem.
- Dzień dobry, proszę panią, czy jest tu gdzieś w pobliżu gejowska sauna?
Fart tego pana polegał na tym, że kiedyś mieszkałam w tej okolicy, a jednym z moich współlokatorów był homoseksualista, który opowiadał mi tego typu ciekawostki, więc nawet umiałam panu pomóc.
Przez ostatnie dwa tygodnie byłam w pracy po pięć dni pod rząd codziennie na 6 rano. Obiektywnie 5 dni pracy to niedużo tylko tak normalnie. Ale w rzeczywistości kryzys jest powodem do wyzysku w każdej branży, w hotelarstwie również. Więc te pięć dni były naprawdę katorgą. Po pracy szłam z przyjaciółmi na kawę/drugi obiad, wracałam do domu i szłam spać o 20. Więc praktycznie poza pracą życia nie miałam, a wcześniej była sesja, a wcześniej te moje przeżycia, które zamierzałam teraz w głowie poukładać. Potrzebowałam tego odpoczynku rozpaczliwie. Z przemęczenia zdarzyło mi się powiedzieć do pani w KFC "w czym mogę pomóc?", a ekspedientkę w sklepie zapytać odruchowo o stan jej minibarku. Potrzebowałam spokoju, odciążenia poznawczego.
No i jestem tutaj. Mija czternasty dzień, a ja najwyraźniej nie umiem się poznawczo odciążać. Codziennie mam odwiedziny innych przyjaciół, co tylko mnie uszczęśliwia. I do dziesiątego dnia mojego pobytu było naprawdę przyjemnie. Dopóki nie dokwaterowano mi nowej sąsiadki. Starszej pani, cierpiącej na Syndrom Szukania Wolnych Uszu.
Przez ostatnie cztery dni starsza pani zdążyła opowiedzieć mi wszystko. I kto w naszym rządzie kupuje kopalnie diamentów, i o co kłocą się w Polsce Żydzi, i jak kiedyś jej babcia sprzedała poduszkę, żeby kupić jej kapcie, i co robi jej syn, wnuczka, synowa, i co kto komu powiedział po katastrofie Smoleńskiej i ilu jeszcze zostało lewackich agentów w naszym Kościele, no i wreszcie o tym, że ona sama lubi jadać najbardziej maliny, jagody i kartofle.
Wszechświat zaśmiał się ironicznie i zgotował piekło dla mojej ateistycznej duszy. Moja oprawczyni nie zniechęca się bynajmniej milczeniem, założonymi słuchawkami, odpowiedziami na jej pytania, w stylu "nie wiem, nie znam się", tym, że nie jestem Polką z pochodzenia i naprawdę niewiele obchodzi mnie treść Starego Testamentu.
No to sobie urządziłam rekonwalescencję i odciążenie poznawcze, nie ma co.
Więc jestem tutaj już czternasty dzień, ale spokoju nie zaznałam. Spokój wyobrażam sobie jako ciszę, odizolowanie się od świata i otaczających mnie ludzi. Ostatnio miałam bardzo ciężkie dwa tygodnie w pracy. Pracuję w tak zwanym "luksusowym hotelu" jako recepcjonistka. Jestem dziewczyną od wszystkiego. Od wystawiania faktur, przyjmowania skarg, meldowania i wymeldowywania, udzielania informacji o hotelu, o Warszawskich klubach, eventach, restauracjach. Muszę wiedzieć nie tylko ile jest metrów w pokoju, ale i ile kilometrów od Mokotowa do Woli.
To historia prawdziwa. Dzwoni telefon:
- Hotel XXX, recepcja, w czym mogę pomóc? - pytam standardowo. Odpowiada mi kobiecy głos. To telefon z zewnątrz, nie jest to gość naszego hotelu, po prostu ktoś znalazł nasz numer i sobie zadzwonił.
- Proszę panią, jak daleko jest z Woli do Mokotowa?
- No nie wiem, wie pani, to są dwie różne dzielnice Warszawy. - odpowiadam z lekkim roztargnieniem.
- Ale ile to kilometrów?
Takich historii jest wiele, pytań również. Przykładowo zdarzyła się sytuacja, że do hotelu wszedł mężczyzna z ulicy z osobliwym pytaniem.
- Dzień dobry, proszę panią, czy jest tu gdzieś w pobliżu gejowska sauna?
Fart tego pana polegał na tym, że kiedyś mieszkałam w tej okolicy, a jednym z moich współlokatorów był homoseksualista, który opowiadał mi tego typu ciekawostki, więc nawet umiałam panu pomóc.
Przez ostatnie dwa tygodnie byłam w pracy po pięć dni pod rząd codziennie na 6 rano. Obiektywnie 5 dni pracy to niedużo tylko tak normalnie. Ale w rzeczywistości kryzys jest powodem do wyzysku w każdej branży, w hotelarstwie również. Więc te pięć dni były naprawdę katorgą. Po pracy szłam z przyjaciółmi na kawę/drugi obiad, wracałam do domu i szłam spać o 20. Więc praktycznie poza pracą życia nie miałam, a wcześniej była sesja, a wcześniej te moje przeżycia, które zamierzałam teraz w głowie poukładać. Potrzebowałam tego odpoczynku rozpaczliwie. Z przemęczenia zdarzyło mi się powiedzieć do pani w KFC "w czym mogę pomóc?", a ekspedientkę w sklepie zapytać odruchowo o stan jej minibarku. Potrzebowałam spokoju, odciążenia poznawczego.
No i jestem tutaj. Mija czternasty dzień, a ja najwyraźniej nie umiem się poznawczo odciążać. Codziennie mam odwiedziny innych przyjaciół, co tylko mnie uszczęśliwia. I do dziesiątego dnia mojego pobytu było naprawdę przyjemnie. Dopóki nie dokwaterowano mi nowej sąsiadki. Starszej pani, cierpiącej na Syndrom Szukania Wolnych Uszu.
Przez ostatnie cztery dni starsza pani zdążyła opowiedzieć mi wszystko. I kto w naszym rządzie kupuje kopalnie diamentów, i o co kłocą się w Polsce Żydzi, i jak kiedyś jej babcia sprzedała poduszkę, żeby kupić jej kapcie, i co robi jej syn, wnuczka, synowa, i co kto komu powiedział po katastrofie Smoleńskiej i ilu jeszcze zostało lewackich agentów w naszym Kościele, no i wreszcie o tym, że ona sama lubi jadać najbardziej maliny, jagody i kartofle.
Wszechświat zaśmiał się ironicznie i zgotował piekło dla mojej ateistycznej duszy. Moja oprawczyni nie zniechęca się bynajmniej milczeniem, założonymi słuchawkami, odpowiedziami na jej pytania, w stylu "nie wiem, nie znam się", tym, że nie jestem Polką z pochodzenia i naprawdę niewiele obchodzi mnie treść Starego Testamentu.
No to sobie urządziłam rekonwalescencję i odciążenie poznawcze, nie ma co.
czwartek, 18 lipca 2013
Więzień w Krainie Geriatrii
Nie mam ostatnio weny. Trochę jakbym z wiekiem traciła tę łatwość pisania, a może raczej- łatwość dobierania tematu. Jako dziecko marzyłam o tym, żeby zostać pisarką. Właściwie, wszystko jeszcze przede mną, prawda? Nadal jeszcze jestem dzieckiem, co to jest 21 lat...
A jednak nie, przez pryzmat choroby nie jestem już bynajmniej dzieckiem. Biorąc pod uwagi statystyki- średnie przeżycia, średni wiek umieralności (doktor S. twierdzi, że to różne rzeczy), jestem w wieku dojrzałym. O cholera, kiedy to się stało? Nawet nie skończyłam jeszcze tych durnych studiów...
Leżę obecnie w szpitalu. Tam, gdzie zwykle. Moi przyjaciele są super. Stawili się prawie wszyscy i stanęli na wysokości zadania, żebym nie czuła się odwiedzaną pacjentką, tylko koleżanką, do której wpadli "na plotki". Temat wyników jest skrzętnie omijany, poświęcamy mu góra 5 minut, kiedy sucho i rzeczowo przedstawiam sytuację. Nikt nie pyta, czy się boję, ale i tak odważnie przyznaję się do swojej mało odważnej postawy. Choć boję się chyba trochę na zapas, bo choć różowo nie jest, to przecież fatalnie też jeszcze nie. To taka dziwna choroba, a mój przypadek jest w ogóle ewenementem. Jako dziecko moje zaostrzenia i pogorszenia były o wiele bardziej drastyczne i dramatyczne- gorączki, buchające krwotoki z płuc, bóle i pobyty po miesiącu w szpitalu. Teraz tak nie jest, teraz leżąc nie mam żadnego krwioplucia, żadnych gorączek, wskaźniki stanów zapalnych we krwi też są całkiem-całkiem. Ale wskaźniki mówiące o ogólnej wydolności nieuchronnie spadają. I już nie wracają. Gorączki można zbić przeciwgorączkowymi lekami. Nieodwracalnych zmian w płucach już nie cofniesz.
Właśnie przyjęli nową kobietę na moją salę. Starsza pani, na oko ponad 70 lat. Nie chcę brzmieć wstrętnie, ale naprawdę mam dość starszych ludzi. Ciężko określić, co jest tego głównym powodem. Myślę, że zaczęło się to w dzieciństwie. Mieszkałam przez całe moje życie z rodzicami i babcią, matką mojego ojca. Dziwna to jest istota (nie powiem, że była, bo nadal żyje i ma się dobrze, choć w tym roku skończyła 84 lata, to jest zdrowsza ode mnie). Kontakt z nią miałam nie najlepszy i tak już zostało. A leżąc tutaj moje uprzedzenia tylko się pogłębiają.
Przede wszystkim starsi ludzie nieustannie chcą by ich zabawiać. Nie jestem istotą aspołeczną, jednakże nie lubię, gdy próbuje się ze mnie na siłę zrobić przedmiot rozrywki dla znudzonego człowieka. Pogadać owszem, mogę, ale im więcej ich się przez moje życie przewija, tym bardziej mam wrażenie, że to jedna i ta sama osoba. Wszyscy mówią to samo i o tym samym. "Taka młoda a już chora?", wypytanie o chorobę, potraktowane tylko jako wstęp do wyliczenia wszystkich swoich chorób. Płynnie przez temat chorób przechodzimy na temat rodziny, a stamtąd już pędzimy autostradą do Krainy Rozmów O Pogrzebach- kto kiedy umarł, na co, jaki testament. O niczym innym tak nie marzę, jak o byciu zawaloną szczegółowym opisem tego, na co zmarła stryjeczna ciotka siostry męża leżącej obok mnie pacjentki i komu zapisała w testamencie swojego kota rasy dachowiec. Kill me now, please.
Pobyt w szpitalu doprowadził mnie do smutnej obserwacji. Mam świadomość tego, że brzmi to strasznie faszystowsko, ale postarajcie się mnie nie osądzać. Patrząc na to, kto ze mną leży, kto chodzi do poradni, zdałam sobie sprawę, że medycyna w naszych czasach (może tylko w naszym kraju?) istnieje głównie po to, żeby podtrzymywać przy życiu umierających starców. I nie zrozumcie mnie źle, każdy oczywiście ma prawo do życia, ale jaki ma sensu przedłużanie swojej egzystencji na siłę, kiedy ma się 80 lat? Nie żebym życzyła im śmierci, to nie tak, ale czasami zastanawiam się, czy większym sensem nie byłoby zostawienie tego naturze? Ludzie, którzy w szpitalach nie bywają, mają przed oczami mylny obraz, że leczy się młodych, cierpiących ludzi. Spieszę otworzyć wam oczy- bardzo niewiele widać tu młodych ludzi. I nie, nie odbieram im prawo do leczenia i do życia, ale wydaje mi się, że miałoby sens jakieś rozdzielenie, na przykład specjalne oddziały, szpitale geriatryczne, dla osób starszych. Co się widzi w poradniach? Sama nie raz byłam i nie raz widziałam. Przychodzą głównie hipochondryzujące, znudzone swoją codziennością babcie. Terminy na zapisy do lekarza są bardzo odległe, już nie mówię o hospitalizacji i zabiegach. Refundacja dotyczy oczywiście leków dla starszych ludzi, którzy płaczą jaki to dramat, że wydali 60zł raz na miesiąc w aptece. A ja płacę około trzech stów miesięcznie i wciąż cofają refundację dla mnie i mi podobnych. Ciężko mi z siebie wykrzesać odrobinę współczucia również dla babć i dziadków, albo i niekoniecznie starszych, ale i młodszych ludzi, którzy palą. Ci ludzie zgłaszają się do pulmonologa (lekarz od płuc) skarżąc się na płuca, na męczliwość i zadyszkę. Lekarz pyta "czy pali pan/pani papierosy?", a pacjent odpowiada "tak, jakieś dwie paczki dziennie". No tak, czym prędzej zróbmy im rentgen, tomografię, wypiszmy refundowane leki i przeleczmy w luksusowej izolatce, bo przecież to taka enigmatyczna przyczyna choroby płuc. Najsmutniejsze, a zarazem śmieszne (gorzko śmieszne niczym wisielczy dowcip) jest to, że nawet leżąc tu tacy pacjenci idą na podwórko "dotlenić się", pomimo zaleceń lekarza.
"Cała młodzież teraz przy tych komputerach, a ja w ogóle nie rozumiem cow tym widzicie" poinformowała mnie moja nowa sąsiadka. To jeszcze nic, do tego się przyzwyczaiłam. Oni wszyscy czują się wręcz zobowiązani do ulepszenia mojego stylu życia, do poprawienia mojej marnej egzystencji. Rano dbają pilnie o to, żebym wstała. Niezrozumiałym jest dla nich fakt, że kiedy przez dwa tygodnie mam kroplówkę od północy do 1 w nocy, to potem trochę niekomfortowo czuję się wstając o tej 6, 7, czy nawet 8 rano.
Zakończywszy interakcję powracam do mojej myśli. A co, gdyby tak utworzyć oddziały dla osób w określonym wieku, a tych, którzy sammi sobie szkodzą, po prostu nie leczyć dopóki nie przestaną? Choc nie wyobrażam sobie sposobu ich kontroli, ale gdyby chociaż traktować ich jako pacjentów mniejszej wagi? Dlaczego ktoś, kto sam wpędza się do grobu, pod względem medycznym ma być traktowany na równi z kimś, kto walczy z całych sił o życie? Dlaczego w perspektywie zabiegu ratującego, bądź przedłużającego życie, nie dać pierwszeństwa komuś, kto ma w planach skończenie studiów, albo ślub, albo jeszcze nie ma planów,bo nie zna samego siebie na tyle, by je mieć?
Poszłam na badanie gazometrii. To badanie polega na lekkim nakłuciu ucha i wyciśnięciu z niego do probówki kilkunastu kropel krwi, z których następnie sprawdza się poziom tlenu i dwutlenku węgla we krwi. W kolejce przede mną siedział staruszek. Był tak bardzo zasuszony, że się spodziewałam, że gdy tylko pielęgniarka go nakłuje- jego ciało rozsypie się na milion skrawków niczym Lord Voldemort w ostatnim filmie z serii o Harrym Potterze. Ale nic takiego, ku mojemu zdziwieniu, się nie wydarzyło. Po nim usiadłam ja i usłyszałam, nie po raz pierwszy zresztą, że mam bardzo małe uszy.
Nie mam małych uszu. Mam 21 lat. Moje uszy są adekwatne do mojego wieku, rozmiaru głowy i owalu twarzy. Ale uszy rosną człowiekowi przez całe życie. Nauczone na pacjentach ze średnią wieku 65+, pielęgniarki mają trudności z kłuciem "małych uszu", "cienkich żyłek", etc.
Wychodzę za tydzień. Jeśli mnie nie zlinczujecie za faszystowskie poglądy, postaram się napisać coś jeszcze w najbliższych dniach.
A jednak nie, przez pryzmat choroby nie jestem już bynajmniej dzieckiem. Biorąc pod uwagi statystyki- średnie przeżycia, średni wiek umieralności (doktor S. twierdzi, że to różne rzeczy), jestem w wieku dojrzałym. O cholera, kiedy to się stało? Nawet nie skończyłam jeszcze tych durnych studiów...
Leżę obecnie w szpitalu. Tam, gdzie zwykle. Moi przyjaciele są super. Stawili się prawie wszyscy i stanęli na wysokości zadania, żebym nie czuła się odwiedzaną pacjentką, tylko koleżanką, do której wpadli "na plotki". Temat wyników jest skrzętnie omijany, poświęcamy mu góra 5 minut, kiedy sucho i rzeczowo przedstawiam sytuację. Nikt nie pyta, czy się boję, ale i tak odważnie przyznaję się do swojej mało odważnej postawy. Choć boję się chyba trochę na zapas, bo choć różowo nie jest, to przecież fatalnie też jeszcze nie. To taka dziwna choroba, a mój przypadek jest w ogóle ewenementem. Jako dziecko moje zaostrzenia i pogorszenia były o wiele bardziej drastyczne i dramatyczne- gorączki, buchające krwotoki z płuc, bóle i pobyty po miesiącu w szpitalu. Teraz tak nie jest, teraz leżąc nie mam żadnego krwioplucia, żadnych gorączek, wskaźniki stanów zapalnych we krwi też są całkiem-całkiem. Ale wskaźniki mówiące o ogólnej wydolności nieuchronnie spadają. I już nie wracają. Gorączki można zbić przeciwgorączkowymi lekami. Nieodwracalnych zmian w płucach już nie cofniesz.
Właśnie przyjęli nową kobietę na moją salę. Starsza pani, na oko ponad 70 lat. Nie chcę brzmieć wstrętnie, ale naprawdę mam dość starszych ludzi. Ciężko określić, co jest tego głównym powodem. Myślę, że zaczęło się to w dzieciństwie. Mieszkałam przez całe moje życie z rodzicami i babcią, matką mojego ojca. Dziwna to jest istota (nie powiem, że była, bo nadal żyje i ma się dobrze, choć w tym roku skończyła 84 lata, to jest zdrowsza ode mnie). Kontakt z nią miałam nie najlepszy i tak już zostało. A leżąc tutaj moje uprzedzenia tylko się pogłębiają.
Przede wszystkim starsi ludzie nieustannie chcą by ich zabawiać. Nie jestem istotą aspołeczną, jednakże nie lubię, gdy próbuje się ze mnie na siłę zrobić przedmiot rozrywki dla znudzonego człowieka. Pogadać owszem, mogę, ale im więcej ich się przez moje życie przewija, tym bardziej mam wrażenie, że to jedna i ta sama osoba. Wszyscy mówią to samo i o tym samym. "Taka młoda a już chora?", wypytanie o chorobę, potraktowane tylko jako wstęp do wyliczenia wszystkich swoich chorób. Płynnie przez temat chorób przechodzimy na temat rodziny, a stamtąd już pędzimy autostradą do Krainy Rozmów O Pogrzebach- kto kiedy umarł, na co, jaki testament. O niczym innym tak nie marzę, jak o byciu zawaloną szczegółowym opisem tego, na co zmarła stryjeczna ciotka siostry męża leżącej obok mnie pacjentki i komu zapisała w testamencie swojego kota rasy dachowiec. Kill me now, please.
Pobyt w szpitalu doprowadził mnie do smutnej obserwacji. Mam świadomość tego, że brzmi to strasznie faszystowsko, ale postarajcie się mnie nie osądzać. Patrząc na to, kto ze mną leży, kto chodzi do poradni, zdałam sobie sprawę, że medycyna w naszych czasach (może tylko w naszym kraju?) istnieje głównie po to, żeby podtrzymywać przy życiu umierających starców. I nie zrozumcie mnie źle, każdy oczywiście ma prawo do życia, ale jaki ma sensu przedłużanie swojej egzystencji na siłę, kiedy ma się 80 lat? Nie żebym życzyła im śmierci, to nie tak, ale czasami zastanawiam się, czy większym sensem nie byłoby zostawienie tego naturze? Ludzie, którzy w szpitalach nie bywają, mają przed oczami mylny obraz, że leczy się młodych, cierpiących ludzi. Spieszę otworzyć wam oczy- bardzo niewiele widać tu młodych ludzi. I nie, nie odbieram im prawo do leczenia i do życia, ale wydaje mi się, że miałoby sens jakieś rozdzielenie, na przykład specjalne oddziały, szpitale geriatryczne, dla osób starszych. Co się widzi w poradniach? Sama nie raz byłam i nie raz widziałam. Przychodzą głównie hipochondryzujące, znudzone swoją codziennością babcie. Terminy na zapisy do lekarza są bardzo odległe, już nie mówię o hospitalizacji i zabiegach. Refundacja dotyczy oczywiście leków dla starszych ludzi, którzy płaczą jaki to dramat, że wydali 60zł raz na miesiąc w aptece. A ja płacę około trzech stów miesięcznie i wciąż cofają refundację dla mnie i mi podobnych. Ciężko mi z siebie wykrzesać odrobinę współczucia również dla babć i dziadków, albo i niekoniecznie starszych, ale i młodszych ludzi, którzy palą. Ci ludzie zgłaszają się do pulmonologa (lekarz od płuc) skarżąc się na płuca, na męczliwość i zadyszkę. Lekarz pyta "czy pali pan/pani papierosy?", a pacjent odpowiada "tak, jakieś dwie paczki dziennie". No tak, czym prędzej zróbmy im rentgen, tomografię, wypiszmy refundowane leki i przeleczmy w luksusowej izolatce, bo przecież to taka enigmatyczna przyczyna choroby płuc. Najsmutniejsze, a zarazem śmieszne (gorzko śmieszne niczym wisielczy dowcip) jest to, że nawet leżąc tu tacy pacjenci idą na podwórko "dotlenić się", pomimo zaleceń lekarza.
"Cała młodzież teraz przy tych komputerach, a ja w ogóle nie rozumiem cow tym widzicie" poinformowała mnie moja nowa sąsiadka. To jeszcze nic, do tego się przyzwyczaiłam. Oni wszyscy czują się wręcz zobowiązani do ulepszenia mojego stylu życia, do poprawienia mojej marnej egzystencji. Rano dbają pilnie o to, żebym wstała. Niezrozumiałym jest dla nich fakt, że kiedy przez dwa tygodnie mam kroplówkę od północy do 1 w nocy, to potem trochę niekomfortowo czuję się wstając o tej 6, 7, czy nawet 8 rano.
Zakończywszy interakcję powracam do mojej myśli. A co, gdyby tak utworzyć oddziały dla osób w określonym wieku, a tych, którzy sammi sobie szkodzą, po prostu nie leczyć dopóki nie przestaną? Choc nie wyobrażam sobie sposobu ich kontroli, ale gdyby chociaż traktować ich jako pacjentów mniejszej wagi? Dlaczego ktoś, kto sam wpędza się do grobu, pod względem medycznym ma być traktowany na równi z kimś, kto walczy z całych sił o życie? Dlaczego w perspektywie zabiegu ratującego, bądź przedłużającego życie, nie dać pierwszeństwa komuś, kto ma w planach skończenie studiów, albo ślub, albo jeszcze nie ma planów,bo nie zna samego siebie na tyle, by je mieć?
Poszłam na badanie gazometrii. To badanie polega na lekkim nakłuciu ucha i wyciśnięciu z niego do probówki kilkunastu kropel krwi, z których następnie sprawdza się poziom tlenu i dwutlenku węgla we krwi. W kolejce przede mną siedział staruszek. Był tak bardzo zasuszony, że się spodziewałam, że gdy tylko pielęgniarka go nakłuje- jego ciało rozsypie się na milion skrawków niczym Lord Voldemort w ostatnim filmie z serii o Harrym Potterze. Ale nic takiego, ku mojemu zdziwieniu, się nie wydarzyło. Po nim usiadłam ja i usłyszałam, nie po raz pierwszy zresztą, że mam bardzo małe uszy.
Nie mam małych uszu. Mam 21 lat. Moje uszy są adekwatne do mojego wieku, rozmiaru głowy i owalu twarzy. Ale uszy rosną człowiekowi przez całe życie. Nauczone na pacjentach ze średnią wieku 65+, pielęgniarki mają trudności z kłuciem "małych uszu", "cienkich żyłek", etc.
Wychodzę za tydzień. Jeśli mnie nie zlinczujecie za faszystowskie poglądy, postaram się napisać coś jeszcze w najbliższych dniach.
poniedziałek, 28 stycznia 2013
Detoks
Zwykle mija trochę czasu, zanim zaprotestuję przeciwko samej sobie i napiszę coś przeciwnego do poprzednich postów. Tym razem jednak nie trwało to długo.
A może to nie protest, tylko raczej odpowiedź na pytanie z poprzedniego posta- o tym, czy rozwój prowadzi do rozczarowania. Dzisiaj chciałabym tylko pofilozofować o innym rozwoju. Nie o edukacji naukowej, ale o rozwoju osobistym, psychicznym, każdego z nas jako jednostki.
Właściwie, to też prowadzi do rozczarowania. Ale myślę, że to rozczarowanie związane z dorastaniem bardziej jest tak naprawdę żałobą po utraconych iluzjach. Bo iluzje są miłe i przyjemne, ale nie powinno się ich zachowywać na zbyt długo.
Tak więc, podsumowując moje ostatnie trzy miesiące, pragnę powiedzieć wszem i wobec, że czuję się troszeczkę bardziej dorosła. Jak myślicie, czego się nauczyłam?
Przede wszystkim pozornie banalnej, acz trudnej do przyjęcia prawdy, że ludzie są tacy, jacy są. I niechętnie się zmieniają. Jeśli jesteście z kimś, albo się z kimś przyjaźnicie i bardzo wam przeszkadza charakter tej osoby, nie macie co czekać i liczyć na to, że ten ktoś się zmieni. Pogódźcie się z tą prawdą, a wszystko stanie się o wiele prostsze. Ludzie są tacy, jacy są. Mogą modułować pewne zachowania, starać się być lepszymi, ale większości cech, będących podwalinami ich charakterów, po prostu nie są w stanie zmienić. I nic tu nie da proszenie, marzenie, liczenie na coś, trzeba po prostu przyjąć ich takimi, jacy są i albo ich takimi pokochać (po partnersku, przyjacielsku, bratersku, po siostrzanemu, miłością córki/syna, czy jakąkolwiek), albo pozbyć się ich ze swojego życia, jak toksyn.
Siebie samych też trzeba przyjąć takimi, jacy jesteśmy i nie próbować się zmienić na siłę. Oczywiście warto jest pracować nad pewnymi szkodliwymi mechanizmami i zachowaniami. To nie tak, że zmiany nie są WCALE możliwe. Ale generalnie trzeba siebie przyjąć takimi, jacy się urodziliśmy, jacy wyrośliśmy, jacy jesteśmy, kiedy jesteśmy szczęśliwi. Nie ma innej drogi do szczęścia. A nienawiść do samych siebie i tępienie w sobie, lub w innych ludziach ważnych, znaczących cech osobowości jest toksyczne.
Patrzyłam na siebie w lustro i myślałam o tym, jak bardzo mi przeszkadza to, co widzę. Zauważałam za sobą zachowania, które tak bardzo nie wpisywały się w mój obraz siebie samej, jaki sobie wymarzyłam. Nienawidziłam tego, że jestem tak bardzo chuda, że mam wydatny nos i stopy w rozmiarze 39. Ale uświadomiłam sobie, że tego nie zmienię. A nawet jeśli- bo przecież mogłabym sobie, chociażby, zmienić ten nieszczęsny nos operacyjnie - to na tym nie poprzestanę. Nikt z nas nie poprzestanie. Zmienimy coś jednego i zaraz zaczniemy w sobie tępić coś kolejnego. Nie zmienię mojej stopy 39, tak samo, jak nie zmienię tego, że jestem i będę taka szczupła. Mogę - z naprawdę wielkim wysiłkiem- odrobinę przytyć, ale i tak nie będzie to bardzo zauważalna zmiana. I dokładnie tak samo nie zamierzam zmieniać tego, że jestem gadułą, że uwielbiam opowiadać wszystkim wokół o moich przeżyciach, że kocham imprezy, kocham śpiewać do słuchanych piosenek, mimo, że nie mam pięknego głosu. Nie zamierzam zmieniać tego, że jestem szczera, że jeśli kogoś kocham, nieważne czy po przyjacielsku, czy po partnersku- to kocham całym sercem i całą sobą. Nie zmienię tego, że mam w sobie tyle ciepła, które czasami może denerwować innych, bo np uwielbiam się przytulać i kiedy trochę się napiję, mogłabym przytulić cały świat.
Bo po co? Kolejną prawdą, której się nauczyłam, jest to, że jesteśmy sami. I to wcale nie jest tragiczne, smutne i dekadenckie. Po prostu każdy z nas ma w życiu jedną jedyną osobę, która będzie przy nim całe życie. Najbliższą osobę na świecie. Osobę, która nas zawsze zrozumie. Siebie samego. Trzeba siebie pokochać, pielęgnować siebie i dbać o siebie. I nie mówię tu o jakimś narcyzmie, wpatrywaniu się w lustro godzinami i o pokręconym egoizmie. Nigdy w życiu. Ale trochę zagubiłam wcześniej samą siebie. A ostatnio próbuję samą siebie odnaleźć i przeprosić. Za to, że tak się zaniedbałam.
Inni ludzie będą wam mówić, że macie mnóstwo wad. Bo pewnie macie. Ja też mam. I oni wszyscy- wierzcie mi, każdy z nich! - też mają. Trudno. Przyjmujcie krytykę i starajcie się być dobrymi ludźmi- w miarę zdrowego rozsądku oczywiście. Bo dbanie o siebie, to nie tylko głaskanie się po główce. To praca nad własnym rozwojem we właściwym kierunku. Ale nie pozwólcie innym, żeby decydowali o tym, jacy jesteście. Nie pozwólcie, żeby sprawili, że będziecie czuć się winni za to, że jesteście "zbyt towarzyscy", "zbyt głośni", czy może odwrotnie- "zbyt nieśmiali" i "zbyt nudni". Bądźcie w harmonii ze sobą.
Krajało mi się trochę serce, że nigdy nie będę taka wysublimowana, taka "femme fatale", taka hipnotyzująco tajemnicza, rozbrajająco inteligentna i intrygująco wyalienowana. Chciałam intrygować, ale gdzie tam. Jestem jaka jestem. Dużo przeklinam, kocham ironizować, spędzać czas z ludźmi (im więcej i im częściej tym lepiej) i opowiadać wszystkim wokół swoje przemyślenia. Tego bloga przecież też mam nie z tajemniczości. I na pewno wiele osób uwielbia mnie za to i nie wyobraża sobie, żebym miała być inna. Tak samo jest z wami. I ogólnie ludzie też są tacy, jacy są. Biali, czarni, homoseksualni, heteroseksualni. Niektórzy za dużo marudzą, inni są zbyt choleryczni, ale tacy już są. Szkoda czasu na walkę z wiatrakami. Albo akceptujemy, albo pozbywamy się toksyn.
Po przeprowadzeniu pewnych niezbędnych reform w moim życiu (właściwie, to dwóch takich większych) przypomniałam sobie motto, które narzuciłam sobie mając jeszcze 13 lat (kiedy pomogłam pewnej studentce reżyserii w zaliczeniu studiów i pozwoliłam jej zrobić film dokumentalny o niektórych aspektach mojego życia, jako biednego chorego dziecka z mnóstwem rozkmin. Tak, taka ze mnie gwiazda kina krótkometrażowego - 9minut "sławy"!). O tym, żeby żyć intensywnie, bo nie wiadomo, ile tego życia jeszcze zostało. I nie mówię tutaj znowuż o jakichś smętach i pesymizmach, ale faktem jest, że nie znamy dnia ani godziny. Każdego z nas może jutro potrącić na ulicy cysterna z mlekiem. Więc trzeba jak najszybciej zdążyć jak najwięcej zrobić przed tą cysterną. Nie marnować czasu na nudzenie się. Dlatego z imprezy jadę do pracy, z pracy do przyjaciół na herbatę, od przyjaciół na parę wykładów, a w nocy na imprezę. I okej, nie wygląda to AŻ TAK, i na pewno nie zawsze, bo staram się też dużo wypoczywać żeby nie zajeździć organizmu. Ale przyznam, że świadomość, że jednocześnie udaje mi się studiować dziennie, pracować i imprezować mile łechcze 20letnie ego. Live fast, die young, stay happy.
Mam nadzieję, że nie zanudziłam was, dałam wam trochę inspiracji to własnych przemyśleń, a studentom dostarczyłam trochę rozrywki w ten sesyjny wieczór, wypełniony nauką do egzaminów.
Postaram się odzywać częściej.
A może to nie protest, tylko raczej odpowiedź na pytanie z poprzedniego posta- o tym, czy rozwój prowadzi do rozczarowania. Dzisiaj chciałabym tylko pofilozofować o innym rozwoju. Nie o edukacji naukowej, ale o rozwoju osobistym, psychicznym, każdego z nas jako jednostki.
Właściwie, to też prowadzi do rozczarowania. Ale myślę, że to rozczarowanie związane z dorastaniem bardziej jest tak naprawdę żałobą po utraconych iluzjach. Bo iluzje są miłe i przyjemne, ale nie powinno się ich zachowywać na zbyt długo.
Tak więc, podsumowując moje ostatnie trzy miesiące, pragnę powiedzieć wszem i wobec, że czuję się troszeczkę bardziej dorosła. Jak myślicie, czego się nauczyłam?
Przede wszystkim pozornie banalnej, acz trudnej do przyjęcia prawdy, że ludzie są tacy, jacy są. I niechętnie się zmieniają. Jeśli jesteście z kimś, albo się z kimś przyjaźnicie i bardzo wam przeszkadza charakter tej osoby, nie macie co czekać i liczyć na to, że ten ktoś się zmieni. Pogódźcie się z tą prawdą, a wszystko stanie się o wiele prostsze. Ludzie są tacy, jacy są. Mogą modułować pewne zachowania, starać się być lepszymi, ale większości cech, będących podwalinami ich charakterów, po prostu nie są w stanie zmienić. I nic tu nie da proszenie, marzenie, liczenie na coś, trzeba po prostu przyjąć ich takimi, jacy są i albo ich takimi pokochać (po partnersku, przyjacielsku, bratersku, po siostrzanemu, miłością córki/syna, czy jakąkolwiek), albo pozbyć się ich ze swojego życia, jak toksyn.
Siebie samych też trzeba przyjąć takimi, jacy jesteśmy i nie próbować się zmienić na siłę. Oczywiście warto jest pracować nad pewnymi szkodliwymi mechanizmami i zachowaniami. To nie tak, że zmiany nie są WCALE możliwe. Ale generalnie trzeba siebie przyjąć takimi, jacy się urodziliśmy, jacy wyrośliśmy, jacy jesteśmy, kiedy jesteśmy szczęśliwi. Nie ma innej drogi do szczęścia. A nienawiść do samych siebie i tępienie w sobie, lub w innych ludziach ważnych, znaczących cech osobowości jest toksyczne.
Patrzyłam na siebie w lustro i myślałam o tym, jak bardzo mi przeszkadza to, co widzę. Zauważałam za sobą zachowania, które tak bardzo nie wpisywały się w mój obraz siebie samej, jaki sobie wymarzyłam. Nienawidziłam tego, że jestem tak bardzo chuda, że mam wydatny nos i stopy w rozmiarze 39. Ale uświadomiłam sobie, że tego nie zmienię. A nawet jeśli- bo przecież mogłabym sobie, chociażby, zmienić ten nieszczęsny nos operacyjnie - to na tym nie poprzestanę. Nikt z nas nie poprzestanie. Zmienimy coś jednego i zaraz zaczniemy w sobie tępić coś kolejnego. Nie zmienię mojej stopy 39, tak samo, jak nie zmienię tego, że jestem i będę taka szczupła. Mogę - z naprawdę wielkim wysiłkiem- odrobinę przytyć, ale i tak nie będzie to bardzo zauważalna zmiana. I dokładnie tak samo nie zamierzam zmieniać tego, że jestem gadułą, że uwielbiam opowiadać wszystkim wokół o moich przeżyciach, że kocham imprezy, kocham śpiewać do słuchanych piosenek, mimo, że nie mam pięknego głosu. Nie zamierzam zmieniać tego, że jestem szczera, że jeśli kogoś kocham, nieważne czy po przyjacielsku, czy po partnersku- to kocham całym sercem i całą sobą. Nie zmienię tego, że mam w sobie tyle ciepła, które czasami może denerwować innych, bo np uwielbiam się przytulać i kiedy trochę się napiję, mogłabym przytulić cały świat.
Bo po co? Kolejną prawdą, której się nauczyłam, jest to, że jesteśmy sami. I to wcale nie jest tragiczne, smutne i dekadenckie. Po prostu każdy z nas ma w życiu jedną jedyną osobę, która będzie przy nim całe życie. Najbliższą osobę na świecie. Osobę, która nas zawsze zrozumie. Siebie samego. Trzeba siebie pokochać, pielęgnować siebie i dbać o siebie. I nie mówię tu o jakimś narcyzmie, wpatrywaniu się w lustro godzinami i o pokręconym egoizmie. Nigdy w życiu. Ale trochę zagubiłam wcześniej samą siebie. A ostatnio próbuję samą siebie odnaleźć i przeprosić. Za to, że tak się zaniedbałam.
Inni ludzie będą wam mówić, że macie mnóstwo wad. Bo pewnie macie. Ja też mam. I oni wszyscy- wierzcie mi, każdy z nich! - też mają. Trudno. Przyjmujcie krytykę i starajcie się być dobrymi ludźmi- w miarę zdrowego rozsądku oczywiście. Bo dbanie o siebie, to nie tylko głaskanie się po główce. To praca nad własnym rozwojem we właściwym kierunku. Ale nie pozwólcie innym, żeby decydowali o tym, jacy jesteście. Nie pozwólcie, żeby sprawili, że będziecie czuć się winni za to, że jesteście "zbyt towarzyscy", "zbyt głośni", czy może odwrotnie- "zbyt nieśmiali" i "zbyt nudni". Bądźcie w harmonii ze sobą.
Krajało mi się trochę serce, że nigdy nie będę taka wysublimowana, taka "femme fatale", taka hipnotyzująco tajemnicza, rozbrajająco inteligentna i intrygująco wyalienowana. Chciałam intrygować, ale gdzie tam. Jestem jaka jestem. Dużo przeklinam, kocham ironizować, spędzać czas z ludźmi (im więcej i im częściej tym lepiej) i opowiadać wszystkim wokół swoje przemyślenia. Tego bloga przecież też mam nie z tajemniczości. I na pewno wiele osób uwielbia mnie za to i nie wyobraża sobie, żebym miała być inna. Tak samo jest z wami. I ogólnie ludzie też są tacy, jacy są. Biali, czarni, homoseksualni, heteroseksualni. Niektórzy za dużo marudzą, inni są zbyt choleryczni, ale tacy już są. Szkoda czasu na walkę z wiatrakami. Albo akceptujemy, albo pozbywamy się toksyn.
Po przeprowadzeniu pewnych niezbędnych reform w moim życiu (właściwie, to dwóch takich większych) przypomniałam sobie motto, które narzuciłam sobie mając jeszcze 13 lat (kiedy pomogłam pewnej studentce reżyserii w zaliczeniu studiów i pozwoliłam jej zrobić film dokumentalny o niektórych aspektach mojego życia, jako biednego chorego dziecka z mnóstwem rozkmin. Tak, taka ze mnie gwiazda kina krótkometrażowego - 9minut "sławy"!). O tym, żeby żyć intensywnie, bo nie wiadomo, ile tego życia jeszcze zostało. I nie mówię tutaj znowuż o jakichś smętach i pesymizmach, ale faktem jest, że nie znamy dnia ani godziny. Każdego z nas może jutro potrącić na ulicy cysterna z mlekiem. Więc trzeba jak najszybciej zdążyć jak najwięcej zrobić przed tą cysterną. Nie marnować czasu na nudzenie się. Dlatego z imprezy jadę do pracy, z pracy do przyjaciół na herbatę, od przyjaciół na parę wykładów, a w nocy na imprezę. I okej, nie wygląda to AŻ TAK, i na pewno nie zawsze, bo staram się też dużo wypoczywać żeby nie zajeździć organizmu. Ale przyznam, że świadomość, że jednocześnie udaje mi się studiować dziennie, pracować i imprezować mile łechcze 20letnie ego. Live fast, die young, stay happy.
Mam nadzieję, że nie zanudziłam was, dałam wam trochę inspiracji to własnych przemyśleń, a studentom dostarczyłam trochę rozrywki w ten sesyjny wieczór, wypełniony nauką do egzaminów.
Postaram się odzywać częściej.
Subskrybuj:
Komentarze (Atom)