Niedługo wychodzę!
Wczoraj miałam bronchoskopię. Bez zbędnego koloryzowania, było to naprawdę najgorsze doświadczenie mojej dotychczasowej egzystencji, wliczając wszystkir osiem operacji na nosie,dwie z nich bez anestezjologii, wszystkie przygody z wenflonami i zastrzykami, gastroskopie, endoskopie, różne rzeczy robione przez lata noszenia różnych aparatów na zębach i drastyczne bóle w ramach PMSu. Trwająca zaledwie 5minut bronchoskopia wysunęła się na czołówkę. Fart, że moja była bez komplikacji.
Gdy znieczulono mi jamę ustną i gardło drugą dawką leku, poczułam atak paniki. Byłam w pełni świadoma, żadnych "głupich jaśków", żadnych uspokajaczy. Świadoma, co mi się za chwilę zrobi, spanikowałam. Usiadłam i zdrętwiałym od znieczulacza językiem oznajmiłam, że ja już dziękuję, rozmyśliłam się, jednak nic nie chcę, tylko się wypisać i w ogóle czuję się już świetnie. Ale ja nie uciekam, nie poddaję się kiedy jest ciężko. I tym razem zostałam. Doktor S. przez cały zabieg trzymał mnie za rękę. Wiem, że to po prostu "zwyczaj" lekarzy, bo i inni lekarze prowadzący robili tak swoim pacjentom, ale mimo wszystko bardzo mnie poruszył i wsparł ten mały gest. Dobrze było wiedzieć, że nie porzucił mnie na pastwę bronchoskopu. Czuć, że obok stał ktoś, komu zależało na moim dobru. Że ten ktoś czuwa. Nie potrafię sobie wyobrazić, jak to jest, być doktorem S. Neutralność neutralnością, ale nie wierzę, że on potrafi tak kompletnie się odciąć i nie przywiązywać. Przecież my rozmawiamy, nie tylko o leczeniu. Opowiadam mu o mojej pracy, on czasami przyniesie jakąś anegdotę z lekarskiego. Nie wierzę, że nie wiązał się emocjonalnie ze swoimi innymi pacjentami. A skoro to robił, bardzo mu współczuję. To musi być ogromny ciężar dla psychiki. Być jedyną osobą, która może pomóc, ale tak naprawdę nie móc pomagać. Przecież on nikogo z nas nie wyleczy. Jedyne, co robi, to przedłuża życie. I okej, ja jestem w dobrym stanie. Ale u niektórych, którzy już odeszli, to było tylko przedłużanie agonii. Nie ma i nie było środków żeby ich uratować, więc umarli. Traktowali go, nawet mimowolnie, pomimo świadomości charakteru tej choroby, jako kogoś, kto magicznie ich ocali. A on nic nie mógł zrobić ponad to, co już robił. I jakkolwiek wielkiego wysiłku by w to nie wkładał, oni i tak umierali. Za młodo i zbyt szybko, boleśnie, ciężko. O nie, nigdy nie chciałabym być doktorem S. Tak samo, jak nigdy nie chciałabym też być onkologiem- ani żoną onkologa. Nie wyobrażam sobie, żeby nieść to brzemię. Bardzo mu współczuję i żałuję, że kiedykolwiek dawałam mu odczuć, że jestem niezadowolona z tego, że on "nic nie robi", gdy po prostu nie miał co zrobić.
Ale dość już tych smętów. Nie chcę byście odnieśli złudne wrażenie, że ja tu tylko leżę i sobie biernie umieram. Wyglądam całkiem normalnie, chodzę, dużo gadam i dużo się śmieję. Jak zwykle. Przez ten pobyt nakupiłam tyle ubrań, urywając się na parę godzin do centrów handlowych, że będę musiała wracać do domu na "dwie raty". Część rzeczy przewiozę w reklamówkach jutro, a resztę normalnie w walizce w piątek, kiedy już wyjdę. Marzy mi się naprawdę dobra impreza. Na szczęście są ludzie, którzy na mnie czekają, aż wyjdę i zabalujemy. Chcę się napić, potańczyć, pobawić, rozerwać. Wszystkich chętnych z przyjemnością zabiorę ze sobą. Piątek, czyli pojutrze, powinien być dniem wyzwolenia i radości z tej okazji.
A potem Kraków, Coke Festival, jeśli nic mi nagle nie wypadnie, nic się nie wydarzy. A we wrześniu grecki obóz studencki. Powinno być dobrze.
Więc jeśli ktoś jeszcze tęskni i chce mieć pewność, że mnie złapie w jakimś miejscu,to macie jeszcze dwa dni na odwiedziny. Po nich nie wiem, gdzie będę, ale na pewno jak najdalej od tej geriatrii.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz