Nie mam ostatnio weny. Trochę jakbym z wiekiem traciła tę łatwość pisania, a może raczej- łatwość dobierania tematu. Jako dziecko marzyłam o tym, żeby zostać pisarką. Właściwie, wszystko jeszcze przede mną, prawda? Nadal jeszcze jestem dzieckiem, co to jest 21 lat...
A jednak nie, przez pryzmat choroby nie jestem już bynajmniej dzieckiem. Biorąc pod uwagi statystyki- średnie przeżycia, średni wiek umieralności (doktor S. twierdzi, że to różne rzeczy), jestem w wieku dojrzałym. O cholera, kiedy to się stało? Nawet nie skończyłam jeszcze tych durnych studiów...
Leżę obecnie w szpitalu. Tam, gdzie zwykle. Moi przyjaciele są super. Stawili się prawie wszyscy i stanęli na wysokości zadania, żebym nie czuła się odwiedzaną pacjentką, tylko koleżanką, do której wpadli "na plotki". Temat wyników jest skrzętnie omijany, poświęcamy mu góra 5 minut, kiedy sucho i rzeczowo przedstawiam sytuację. Nikt nie pyta, czy się boję, ale i tak odważnie przyznaję się do swojej mało odważnej postawy. Choć boję się chyba trochę na zapas, bo choć różowo nie jest, to przecież fatalnie też jeszcze nie. To taka dziwna choroba, a mój przypadek jest w ogóle ewenementem. Jako dziecko moje zaostrzenia i pogorszenia były o wiele bardziej drastyczne i dramatyczne- gorączki, buchające krwotoki z płuc, bóle i pobyty po miesiącu w szpitalu. Teraz tak nie jest, teraz leżąc nie mam żadnego krwioplucia, żadnych gorączek, wskaźniki stanów zapalnych we krwi też są całkiem-całkiem. Ale wskaźniki mówiące o ogólnej wydolności nieuchronnie spadają. I już nie wracają. Gorączki można zbić przeciwgorączkowymi lekami. Nieodwracalnych zmian w płucach już nie cofniesz.
Właśnie przyjęli nową kobietę na moją salę. Starsza pani, na oko ponad 70 lat. Nie chcę brzmieć wstrętnie, ale naprawdę mam dość starszych ludzi. Ciężko określić, co jest tego głównym powodem. Myślę, że zaczęło się to w dzieciństwie. Mieszkałam przez całe moje życie z rodzicami i babcią, matką mojego ojca. Dziwna to jest istota (nie powiem, że była, bo nadal żyje i ma się dobrze, choć w tym roku skończyła 84 lata, to jest zdrowsza ode mnie). Kontakt z nią miałam nie najlepszy i tak już zostało. A leżąc tutaj moje uprzedzenia tylko się pogłębiają.
Przede wszystkim starsi ludzie nieustannie chcą by ich zabawiać. Nie jestem istotą aspołeczną, jednakże nie lubię, gdy próbuje się ze mnie na siłę zrobić przedmiot rozrywki dla znudzonego człowieka. Pogadać owszem, mogę, ale im więcej ich się przez moje życie przewija, tym bardziej mam wrażenie, że to jedna i ta sama osoba. Wszyscy mówią to samo i o tym samym. "Taka młoda a już chora?", wypytanie o chorobę, potraktowane tylko jako wstęp do wyliczenia wszystkich swoich chorób. Płynnie przez temat chorób przechodzimy na temat rodziny, a stamtąd już pędzimy autostradą do Krainy Rozmów O Pogrzebach- kto kiedy umarł, na co, jaki testament. O niczym innym tak nie marzę, jak o byciu zawaloną szczegółowym opisem tego, na co zmarła stryjeczna ciotka siostry męża leżącej obok mnie pacjentki i komu zapisała w testamencie swojego kota rasy dachowiec. Kill me now, please.
Pobyt w szpitalu doprowadził mnie do smutnej obserwacji. Mam świadomość tego, że brzmi to strasznie faszystowsko, ale postarajcie się mnie nie osądzać. Patrząc na to, kto ze mną leży, kto chodzi do poradni, zdałam sobie sprawę, że medycyna w naszych czasach (może tylko w naszym kraju?) istnieje głównie po to, żeby podtrzymywać przy życiu umierających starców. I nie zrozumcie mnie źle, każdy oczywiście ma prawo do życia, ale jaki ma sensu przedłużanie swojej egzystencji na siłę, kiedy ma się 80 lat? Nie żebym życzyła im śmierci, to nie tak, ale czasami zastanawiam się, czy większym sensem nie byłoby zostawienie tego naturze? Ludzie, którzy w szpitalach nie bywają, mają przed oczami mylny obraz, że leczy się młodych, cierpiących ludzi. Spieszę otworzyć wam oczy- bardzo niewiele widać tu młodych ludzi. I nie, nie odbieram im prawo do leczenia i do życia, ale wydaje mi się, że miałoby sens jakieś rozdzielenie, na przykład specjalne oddziały, szpitale geriatryczne, dla osób starszych. Co się widzi w poradniach? Sama nie raz byłam i nie raz widziałam. Przychodzą głównie hipochondryzujące, znudzone swoją codziennością babcie. Terminy na zapisy do lekarza są bardzo odległe, już nie mówię o hospitalizacji i zabiegach. Refundacja dotyczy oczywiście leków dla starszych ludzi, którzy płaczą jaki to dramat, że wydali 60zł raz na miesiąc w aptece. A ja płacę około trzech stów miesięcznie i wciąż cofają refundację dla mnie i mi podobnych. Ciężko mi z siebie wykrzesać odrobinę współczucia również dla babć i dziadków, albo i niekoniecznie starszych, ale i młodszych ludzi, którzy palą. Ci ludzie zgłaszają się do pulmonologa (lekarz od płuc) skarżąc się na płuca, na męczliwość i zadyszkę. Lekarz pyta "czy pali pan/pani papierosy?", a pacjent odpowiada "tak, jakieś dwie paczki dziennie". No tak, czym prędzej zróbmy im rentgen, tomografię, wypiszmy refundowane leki i przeleczmy w luksusowej izolatce, bo przecież to taka enigmatyczna przyczyna choroby płuc. Najsmutniejsze, a zarazem śmieszne (gorzko śmieszne niczym wisielczy dowcip) jest to, że nawet leżąc tu tacy pacjenci idą na podwórko "dotlenić się", pomimo zaleceń lekarza.
"Cała młodzież teraz przy tych komputerach, a ja w ogóle nie rozumiem cow tym widzicie" poinformowała mnie moja nowa sąsiadka. To jeszcze nic, do tego się przyzwyczaiłam. Oni wszyscy czują się wręcz zobowiązani do ulepszenia mojego stylu życia, do poprawienia mojej marnej egzystencji. Rano dbają pilnie o to, żebym wstała. Niezrozumiałym jest dla nich fakt, że kiedy przez dwa tygodnie mam kroplówkę od północy do 1 w nocy, to potem trochę niekomfortowo czuję się wstając o tej 6, 7, czy nawet 8 rano.
Zakończywszy interakcję powracam do mojej myśli. A co, gdyby tak utworzyć oddziały dla osób w określonym wieku, a tych, którzy sammi sobie szkodzą, po prostu nie leczyć dopóki nie przestaną? Choc nie wyobrażam sobie sposobu ich kontroli, ale gdyby chociaż traktować ich jako pacjentów mniejszej wagi? Dlaczego ktoś, kto sam wpędza się do grobu, pod względem medycznym ma być traktowany na równi z kimś, kto walczy z całych sił o życie? Dlaczego w perspektywie zabiegu ratującego, bądź przedłużającego życie, nie dać pierwszeństwa komuś, kto ma w planach skończenie studiów, albo ślub, albo jeszcze nie ma planów,bo nie zna samego siebie na tyle, by je mieć?
Poszłam na badanie gazometrii. To badanie polega na lekkim nakłuciu ucha i wyciśnięciu z niego do probówki kilkunastu kropel krwi, z których następnie sprawdza się poziom tlenu i dwutlenku węgla we krwi. W kolejce przede mną siedział staruszek. Był tak bardzo zasuszony, że się spodziewałam, że gdy tylko pielęgniarka go nakłuje- jego ciało rozsypie się na milion skrawków niczym Lord Voldemort w ostatnim filmie z serii o Harrym Potterze. Ale nic takiego, ku mojemu zdziwieniu, się nie wydarzyło. Po nim usiadłam ja i usłyszałam, nie po raz pierwszy zresztą, że mam bardzo małe uszy.
Nie mam małych uszu. Mam 21 lat. Moje uszy są adekwatne do mojego wieku, rozmiaru głowy i owalu twarzy. Ale uszy rosną człowiekowi przez całe życie. Nauczone na pacjentach ze średnią wieku 65+, pielęgniarki mają trudności z kłuciem "małych uszu", "cienkich żyłek", etc.
Wychodzę za tydzień. Jeśli mnie nie zlinczujecie za faszystowskie poglądy, postaram się napisać coś jeszcze w najbliższych dniach.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz