sobota, 27 lipca 2013

Na przełomie XX i XXI

Dzień dwudziesty.
Ja, Franz Ferdinand i moja kroplówka dajemy czadu.  Nie wiem, kiedy stąd wyjdę. Zaczynam się przyzwyczajać. Gdyby nie kroplówki i badania, byłoby prawie jak na koloniach. Okropne żarcie, ktoś denerwujący w pokoju, dużo odpoczynku i spotkania z przyjaciółmi.
Rekonwalescencja psychiczna ma się nieźle. Nawet jeśli wciąż nie wiem, czego dalej chcę od życia i siebie samej, wiem już przynajmniej, co było dla mnie szkodliwe. Uczę się zapominać, skoro nie umiem zmienić przeszłości. Uczę się wybaczać samej sobie naiwność. Idzie mi całkiem nieźle, leczę ranę, która leczona już była kilka razy. Gdybym nie rozdrapywała jej uparcie na nowo po killku miesiącach, dawno już by się zagoiła, wiem o tym. Ale masochizm leży chyba w mojej naturze, odziedziczonej zresztą po mojej rodzicielce.
Oglądam tu różne zjawiska i różne przejawy miłości. Piękna obserwacja, napawa nadzieją. Pewna kobieta, moja poprzednia sąsiadka, miała niesamowitą rodzinę. Codziennie byli u niej w stałym składzie, aż śmiała się, że ma ich już dość. Kiedy jej młodsza córka miała urodziny, przynieśli do szpitala tort ze świeczkami, aparaty fotograficzne, kamery, prezenty, przyszedł chłopak solenizantki. W szpitanej sali zdmuchnięto świeczki, złożono życzenia, nalali sobie nawet potajemnie po trochu szampana. Patrzyłam na nich jak zaczarowana. Na tą cudowną rodzinę, dla której czymś oczywistym było przeniesienie świętowania w szpitane mury. Ta kobieta miała nowotwór płuc. Parę dni później zrobiono jej operację. Przeżyła, ale wycięto jej kilka węzłów chłonnych. Będzie musiała na siebie uważać, bo odporność teraz będzie miała marniutką.
A teraz mam na sali kobietę, króra ma dwie wspaniałe córki. Lubię obserwować jej relacje z młodszą z nich, bo przypominają mi moje kontakty z mamą. Zmęczona i głodna córka wpadła po pracy w odwiedziny. Jest tu codziennie. Wczoraj siedziała do późna. Według regulaminu odwiedzający mogą przebywać na terenie oddziału do 22. Córka uciekła. 21:58, niosąc w rękach wszystkie rzeczy, które miała ze sobą. Wybiegając w ostatnich minutach przez drzwi zawołała niewyraźnie, trzymając w zębach plastikowy kubek z kawą z automatu, "kocham cię!" i pobiegła, nawet nie czekając na odpowiedź.
Parę sal dalej leży koleżanka. Choruje tak jak i ja, ale jest starsza, więc choroba jest bardziej zaawansowana. Widuję ją tylko przechodząc przez korytarz i zaglądając przelotnie przez uchylone drzwi. Nie wpadam, bo mogę być dla niej zagrożeniem. Ne wiem, czy jestem. Dla zdrowych ludzi nie jestem. Ale dla niej mogę być, więc lepiej nie ryzykować. Jej mama spędza tu niemal wszystkie dni, siedzi do późnego wieczoru. Któregoś razu, kiedy było z nią gorzej, mijałam matkę w korytarzu i widziałam u niej łzy w oczach. Sama je miałam.
A nedawno przyjaciółka wpadła do mnie bardzo zmarnowana i smutna. Zapytałam, co się stało. Siedziałam, z kroplówką podłączoną do wyprostowanej ręki, po turecku. Położyłam sobie na nogach poduszkę, a ona położyła na niej głowę. Głaskałam ją po głowie, niemal machnalnie, jak się głaszcze własne dziecko. Opowiedziała mi, że niedawno śniło jej się, że jestem uwięziona w klatce, męczę się,a ona nijak nie może mi pomóc i może się tylko przyglądać, a kiedy podejmuje próbę uwolnienia mnie- rani się boleśnie na ostrych kolcach przymontowanych do klatki. Nie trzeba być psychologiem, żeby wiedzieć, czego metaforą jest jej sen. Czemu się przyglądała, a nie mogła pomóc. Płakała. A ja głaskałam ją i sama niemal płakałam, ale uparcie mówiłam, że wszystko będzie dobrze. Dwa dni temu to ja wypłakiwałam się w jej ramionach, że boję się następnych dni, miesięcy, lat. Nie wiem, która z nas czuła do tej drugiej większą miłość.
Nawet nie mówię o mojej mamie. Kiedy powiedziałam jej, że wyniki są słabe, że bronchoskopia jest w najbliższych planach, że się boję, stanęła na wysokości zadania. Głos miała tak wesoły, jak gdyby chciała podnieść na duchu cały orszak pogrzebowy. A przecież wiem, że potem płakała, kiedy się rozłączyłam. Nie mówiła mi tego i nie musiała. Ale moja mama to temat na książkę, nie na marny akapit we wpisie na blogu.
Jeśli napiszę kiedykolwiek książkę, a bardzo bym chciała, to będzie ona o miłości. I o smutku, bo nie bywa tak w życiu, żeby było jedno bez drugiego. Opiszę, na jakie poświęcenia idzie ktoś, kto kocha. W jakie naciągane kłamstwa wierzy. Jakie kłamstwa mówi chcąc uchronić kochaną osobę nie przed swoimi grzeszkami, ale przed nią samą. Napiszę, jakie altruistyczne potrafią być kłamstwa i jak altruistycznie chcemy w nie wierzyć.
 Ale to wszystko jeszcze przede mną. A na początek po prostu rozpocznę dzień dwudziesty pierwszy.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Dziś słuchacie ze mną