Moi drodzy czytelnicy,
wiem, że trochę utrudniam wam życie zmieniając adres bloga i przenosząc się na inny serwer. Niestety onet doprowadzał mnie do szału. Nie wiem czy zauważyliście, ale od dłuższego czasu nie dało się dostać na mojego bloga z powodu jakichś dziwnych błędów i jeszcze dziwniejszych przekierowań. Poczytałam więc w internecie o tym, jaki serwis jest najbardziej polecany przez innych blogerów i wylądowałam tutaj. Myślę, że moja współpraca z bloggerem ułoży się o wiele lepiej.
Tak więc Nastialandia nadal istnieje, choć przemigrowała.
Nie miałam ostatnio chęci ani weny żeby opisywać wam, co się dzieje w moim życiu, bo dzieje się dużo różnych rzeczy. I tych lepszych i tych gorszych, naprawdę różnych. Powiem tylko tyle, że na majówkę byłam w Niemczech, ale nareszcie mój przymus podróży do Niemiec się zakończy, bo chłopaka będę miała na miejscu, tu, w Warszawie.
Co do zdrowia... ciężko mi jest wam powiedzieć coś więcej, serio. Raz jest gorzej, raz jest lepiej. Generalnie obserwuję pogorszenie, ale bardzo rozłożone w czasie, więc może nie jest tak źle. Nie choruję, nie mam jakichś infekcji. Miałam niezłą przygodę w bólami w klatce piersiowej- nie wiadomo skąd i nie wiadomo dlaczego, przez dwa tygodnie męczyły mnie bóle w klatce piersiowej. Wybrałam się do lekarza, który na poczatku podejrzewał odmę, potem zator płucny, a na końcu powiedział że według wyników nic mi nie jest i mam wracać do domu łykać sobie antybiotyk. Ręce mi opadają, bo bolało naprawdę ostro, przeciwbólowe nie pomagały, a nie dostałam żadnej informacji zwrotnej typu co, jak, dlaczego i jak sobie z tym radzić. Ale chyba tak to już jest na pewnym etapie- trzeba się pogodzić z faktem, że żadnych rewelacji nie usłyszymy i nie dostaniemy żadnego magicznego antidotum. Po prostu zaciskamy zęby i żyjemy dalej.
Chciałabym móc powiedzieć, że przynajmniej na studiach wszystko jest w porządku, ale nie mogę. Jestem paskudnym leniem i olewczo potraktowałam sobie ten semestr. Mam nadzieję, że nie będę musiała ponieść ogromnych konsekwencji z tego powodu. Przede mną jeszcze dwa tygodnie na napisanie pracy rocznej, a poza konspektem nic nie mam, ale myślę, że jakoś sobie poradzę. Zawsze wszystko odkładam na ostatni termin, a potem jakoś się udaje. Tym razem też dam radę. Wybieram się dziś do biblioteki, wypożyczam coś i będę walczyć. Boże, dopomóż. Przyznam szczerze, że coraz mniej mi się chce studiować, mam coraz większą ochotę rzucić wszystko w cholerę i pracować, bo i tak nie wiadomo, jak długo pociągnę pracę i studia. Obserwuję wszystkich znajomych i przygotowuję się psychicznie do tego, że pewnego dnia będę musiała zrezygnować z wielu rzeczy. Tragedii nie ma, poradzę sobie. Dziękuję losowi, że trafiła mi się taka świetna praca, w której mogę brać wolne, wypoczywać, leczyć się i nie mieć potem z tego powodu żadnych konsekwencji. Poszczęściło mi się z tą pracą, nie ma co.
Nie mam dla was żadnych głębokich przemyśleń ani refleksji, a nawet jeśli coś mam, to chyba jest to zbyt przygnębiające żeby tutaj pisać. Ale nie martwcie się, idziemy do przodu, żyjemy dalej, byle do końca semestru. Naprawdę, marzę już żeby nadszedł czerwiec, żeby praca roczna się magicznie napisała i żeby skończyć ten rok.
Nie tęsknijcie zbytnio, odezwę się.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz