środa, 3 października 2012

Ukraine Trip, September 12

Poprzedni tydzień spędziłam na Ukrainie.
Tak się złożyło, że spędziłam tam trochę więcej czasu niż planowałam. Miało być kilka dni, wyszedł ponad tydzień, ale każdy, kto choć raz był zakochany, wie, jak to jest, kiedy spędza się czas z ukochaną osobą- jednocześnie i zamiera w miejscu i przyśpiesza jak szalony. Taki paradoks. Więc w efekcie tego zjawiska od piątku do niedzieli przesiedziałam za wschodnią granicą.
Mimo, że pochodzę ze wschodu, Ukraina i tak była dla mnie nowością. Śpieszę rozwiać wątpliwości ignorantów: nie, nie wszystko na wschód od polskiej granicy jest Rosją. Są tam też inne kraje i nawet rozróżniają się pomiędzy sobą. Co więcej, każdy ma nawet własny język i nie, nie wszędzie rządzi Putin.
Nie porównam Ukrainy z Rosją z prostej przyczyny- byłam w Rosji tylko raz, i to jako dziecko. Za to mogę ją porównać z Polską, no i oczywiście z Białorusią, gdzie się urodziłam. Moją myślą przewodnią, kiedy oceniałam kolejne elementy mojego Ukraine Trip było, że stereotypy, jak się okazuje, nie są takie znów bezpodstawne. Na psychologii uczono mnie, że stereotypy, chodź otrzymały obecnie dzięki mediom wydźwięk pejoratywny, są jednak potrzebne. Przyśpieszają przetwarzanie informacji i wstępną ocenę i nie koniecznie muszą być mylne. Powstały one - według jednej z teorii, bo psychologia kocha babranie się w 150 teoriach i nie wybieranie żadnej konkretnej - po to, żeby przyśpieszyć reakcję na bodźce. Najbardziej przydatne były one prawdopodobnie w epoce kamienia łupanego. Jaskiniowec napotykał na swojej drodze tygrysa z ostrymi zębami i myślał sobie przykładowo- skoro podobny tygrys zagryzł moją kuzynkę, z którą zamierzałem spłodzić piątkę uroczych włochatych dzieciaczków, to na pewno jest niebezpieczny, więc zamiast poznawać go bliżej i przekonywać się, czy nie jest on przypadkiem inny niż wszystkie pozostałe tygrysy, lepiej wezmę nogi za pas.
Tak więc nasze stereotypy o innych rasach i narodowościach biorą swoje korzenie - przypuszczalnie - w instynkcie przetrwania. I choć w obecnych czasach mogą oczywiście być obraźliwe i zranić kogoś, to jednak nie wszystkie są takie mylne, i sama się o tym przekonałam.
Przede wszystkim... drogi. Myślicie pewnie, że w Polsce są najgorsze drogi, najwięcej dziur, najtańszy i najgorszej nawierzchni asfalt. Nic bardziej mylnego. Podróż do miejscowości, w której teraz mieszka mój ukochany trwała około 14 godzin. Wyruszyłam o 17, bardzo zmęczona, bo po całym dniu pracy. Przysnęłam około 22 i przespałam słodko dwie godziny aż do granicy. Na granicy oczywiście musieli nam poświecić światłem w oczy i sprawdzić paszporty, ale trwało to zaskakująco szybko (albo to ja byłam taka zmęczona, że przegapiłam całą ceremonię). Myślałam sobie- oj tam, ruszymy i do samego Ternopilu będę spać jak zabita. O słodka naiwności. Nie zmrużyłam oka na dłużej niż minutę odkąd znaleźliśmy się na ukraińskim asfalcie, bo ilekroć przysypiałam, autobus robił niemalże salto, nurkując w kolejnej dziurze i wylatując z niej z impetem skoczka narciarskiego.
Nie będę się rozpisywać o pogodzie, a było fatalnie zimno, bo to już po prostu kwestia klimatu i pory roku. Za to chętnie opowiem o jedzeniu, bo jestem wybredną smakoszką i wbrew mojej niemal anorektycznej figurze-naprawdę lubię jeść. Z czym jest kojarzona Ukraina na świecie? Z chlebem i słoniną. I co czytamy w menu w najlepszej restauracji? Jednym z podpunktów na liście dań jest oczywiście chleb ze słoniną. Myślałam- przypadek, ale sytuacja powtórzyła się w innej restauracji, już mniejszej. Otwieramy menu, a tam propozycje dań obiadowych. Na samym dole dopisek, po Ukraińsku, ale zrozumiałam: "na przygotowanie wszystkich wymienionych dań trzeba poczekać, jednak ekspresowym obiadowym daniem będzie chleb ze słoniną". I naprawdę, to nie żart, wśród dań obiadowych figurował "Chleb ze słoniną". Uroczo.
Za to jedzenie, w większości, jest naprawdę smaczne, a jeśli dać kilka hrywien napiwku kelnerowi (1 zł = około 2,5 hrywny), będzie dbał o to, żebyście dostawali najlepsze kąski. Albo po prostu poszczęściło nam się z kelnerem- ciężko powiedzieć. Ale rzeczywiście jest i smacznie i niedrogo, bo za około 50 zł dwie osoby mogą spokojnie się najeść daniem obiadowym (nie, nie chleb ze słoniną, uprzedzę docinki) plus na deser szarlotka z lodami plus napoje. Oczywiście zdarzają się też niewypały. Raz na przykład, z ciekawości, zamówiłam coś figurującego pod nazwą "kurze gniazdko". Opisane było bardzo fajnie: sos śmietanowy, cebula, czosnek, ziemniaki, kurczak. W rzeczywistości moje gniazdko okazało się frytkami utopionymi w głębokim talerzu z czymś na kształt zupy bez konkretnego smaku i ze strzępami gotowanego kurzego mięsa na samym dnie. Ale niewypały zdarzają się wszędzie.
Ogólnie, nie wiem, jak to wygląda z pozostałymi miastami, ale Ternopil ma swój specyficzny klimat miasteczka, które jak gdyby zatrzymało się w czasie i nie słyszało o tym, że jest postęp. Podobne wrażenie odnoszę ilekroć jestem na Białorusi- po komunizmie Białorusini jak gdyby odmawiają wkroczenia w przyszłość i uświadomienia sobie, że świat się zmienia. Jednak Ternopil nie odmawia, jego po prostu nie stać na wkroczenie w dalszy świat. Poruszaliśmy się po miasteczku taksówkami, bo wcale nie jest znacząco drożej niż komunikacją miejską, a przynajmniej odrobinę bezpieczniej. Wśród samochodów przejechaliśmy się nawet Ładą, za kierownicą której siedział dziadek w naprawdę sędziwym wieku. I jadąc tym samochodem dwie rzeczy mnie zastanowiły- po pierwsze, czy ten dziadek nie jest już w tym wieku, kiedy zabierają ludziom prawo jazdy i każą wędkować, a po drugie, czy ten samochód nie jest starszy od kierowcy. Zjeżdżając z - naprawdę! - niewielkiego wzniesienia i wchodząc w - naprawdę! - łagodny zakręt, w który nawet ja, kierowca-żółtodziób, nie bałabym się wejść, dziadek zwolnił chyba do prędkości 30km/h i powolutku, ostrożnie jechał, jednocześnie bacznie patrząc po lewo i po prawo samochodu. I wiecie co? Gdyby spadł śnieg, jestem pewna, że 99% tych samochodów zostawiałaby za sobą nie dwa, a cztery ślady (wybacz kochanie za pożyczenie twojej anegdoty).
Ale Ukrainę od Białorusi odróżnia brak zapatrzenia w komunistyczny ustrój i brak widocznej na każdym kroku tęsknoty za nim. Niby jest bieda, niby jest folklor, ale w jakiś taki bardziej kulturalny sposób, bez prania ludziom mózgów. A to miłe.
Oczywiście są też inne aspekty moich obserwacji. Zbliżają się na Ukrainie wybory parlamentarne. Wszędzie pełno bilboardów z twarzami i sloganami- normalne. Jednak patrząc na mimikę i na twarz kandydatów, wszystkie te slogany wydają się być nieadekwatne, a najbardziej pasowałby napis "Jak nie zagłosujesz na mnie to cię zabiję". Innym zabawnym faktem jest to, że taniej jest tam napić się wódki niż coca-coli. I to nawet taniej jest kupić wódkę i zapojkę niż drinka wódka-cola czy wódka-sok (tzw. Wściekłe). Poza tym, drinki, które serwują, są tak mocne, że po dwóch odczuwasz takie dziwne ewolucje mięśnia w języku i degradację procesów myślowych, które normalnie obserwuje się po sporej ilości Czystej. Kolejna rzecz, to aparycja ludzi. To nie mit, ukrainki naprawdę są śliczne. A może i nie takie śliczne, ale bardzo zadbane. Naprawdę widać tam, że kobiety w każdym, dosłownie każdym wieku dbają o swoją urodę. Od najmłodszych do najbardziej sędziwych pań, wszystkie noszą make-up. Większość chodzi w sukienkach i spódniczkach, a jeśli już spodnie, to bardzo obcisłe, lub do tego odsłonięty brzuch. I choć myślałam sobie, że na wschodzie moda jest inna i może nawet wolniej dochodzi, przyznam, że nie miałam do końca racji. Widać było, że dziewczyny bardzo się starają, a nawet jeśli nie stać ich na markowe ciuchy, wyszukują takie, które może i nie mają wspaniałych metek, ale rzeczywiście dobrze wyglądają. Z facetami jest za to o wiele gorzej. Nie wiem czy większość z nich kiedykolwiek słyszeli o pojęciu "moda". I o ile dziewczyny są grupą w miarę homogeniczną pod względem zadbania i mało kto się wybija, to faceci rozwarstwiają się na tych bardzo nadzianych i dbających o to żeby widać było ich status materialny w każdym szczególe, oraz tych... pozostałych. Na porządku dziennym tam jest, że prześliczna, zadbana dziewczyna idzie pod ramię z chłopakiem, który w Polsce zasłużyłby na określenie "lump". Wieczorami lokale wypełniają się po brzegi ładnymi dziewczynami, ubranymi z jasnym przekazem "chcę przyciągać uwagę". A faceci przychodzą jakby przed chwilą grzebali w silniku starej łady. No i biedne dziewczyny, "z braku laku" muszą decydować się na to, co się do nich zaleca, bo jak wiadomo, tych bogatych i dbających o siebie na wszystkie nie wystarczy. Trudno.
Wracając do Polski zobaczyłam, że na granicach naprawdę po coś przeglądają dokumenty i naprawdę tego przestrzegają. Na szczęście - nie na własnym przykładzie, ale zawsze. Polski celnik zebrał paszporty (jechałam pksem z masą zarówno Polaków jak i Ukraińców) i oglądał je jakieś dwie godziny (w sumie spędziłam 4 godziny na granicy). W końcu przyszedł i jednej ukraińskiej pani kazał opuścić pojazd i skombinować sobie powrót do domu. Wszystko zupełnie poważnie- wystawili jej rzeczy z bagażnika, wręczyli do ręki, oddali paszport i skreślili z listy pasażerów w autobusie. Ciekawa jestem, jak sobie potem poradziła i jak wróciła do Ternopila.
Cały mój Trip był ciekawym doświadczeniem. Może i nie nazwiedzałam się, ale liznęłam trochę Ukrainy i to naprawdę było coś innego. Mam nadzieję, że - jeśli i nie zachęciłam - to przynajmniej oddałam wam ten klimat i zabawiłam was opowieścią.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Dziś słuchacie ze mną