No i jestem na oddziale. Tam, gdzie powinnam była wylądować jeszcze jakiś czas temu, ale ciągle jakoś się odwlekało.
Zabawna rzecz. Trafiając do lekarza tyle się człowiek o sobie nasłucha rzeczy zupełnie niezwiązanych ze swoim stanem zdrowia. A to że waży tyle co dobry kurczak. A to że ma bardzo małe uszy.
Generalnie chorowanie może mieć swoje plusy. Np. już od półtorej roku jeżdżę po Warszawie za darmo każdym rodzajem transportu publicznego. To spora oszczędność. No i jest też renta i stypendia dla niepełnosprawnych. A w pracy dostaję tyle wolnego ile potrzebuję (pracuję na zlecenie, więc nie jest to traktowane jako urlop czy coś) bez jakichkolwiek konsekwencji. Poza tym, że mniej zarobię, ale to logiczne- skoro mniej godzin przepracuję to i mniej kasy dostanę. W wielu rzeczach mam uproszczone życie, zwłaszcza jeśli chodzi o kasę. Moi rozwiedzeni rodzice dają mi tylko tyle kasy, ile kosztuje mi opłacenie mieszkania+rachunek za telefon. Oczywiście jeśli chodzi o mamę, zawsze mogę liczyć na jakieś dodatkowe pieniądze, ale nie jestem już aż tak uzależniona. A w każdym razie nie aż tak jak większość moich znajomych. Więc są plusy.
Ale są też minusy. W pracy jest mi ciężej niż innym. A prawie połowa renty idzie na opłacenie leków, których potrzebuję. No i nie wiem, jak długo jeszcze dam radę żyć na pełnych obrotach z tym całym studiowaniem i zarabianiem. Poza tym, jak jesteś chory, część osób postrzega cię przez pryzmat niepełnosprawnego i albo próbuje twoim kosztem zasłużyć sobie miejsce w niebie (czy cokolwiek tam oni próbują osiągnąć tą swoją przesadną do porzygu życzliwością), albo odsuwa się od ciebie. Przyznam, z wiekiem spotyka mnie coraz mniej reakcji odsuwania się ludzi, ale generalnie, większość osób nie umie się zachować i nie wie, co powiedzieć. Np. ile razy widziałam zaszokowane spojrzenia moich znajomych, którzy niedawno się dowiedzieli, że jestem chora i właśnie obserwowali jak na ich oczach spożywam - ach! - alkohol na imprezie. Zresztą takie reakcje to jeszcze pół biedy, bo bywa jeszcze gorzej. Trafiają się ludzie w ogóle nie zaznajomieni z najbardziej podstawowym pojęciem taktu. Np. poznałam rok temu pewną dziewczynę- jest to znajomość bardzo luźna, byłyśmy narażone na bliższy kontakt tylko przez kilka miesięcy, a teraz już nie widujemy się wcale. Ta dziewczyna, kiedy dowiedziała się, że jestem nieuleczalnie chora, zapytała mnie wprost (nie, nie parafrazuję teraz jej pytania) kiedy umrę. Chcąc sobie z niej pokpić odpowiedziałam coś w stylu "nie znasz dnia ani godziny", i że równie dobrze ona może jutro umrzeć, wpadając pod ciężarówkę. Była wielce urażona moją sugestią, odpowiedziała mi "no wiesz co!" strasznie oburzonym tonem, ale osiągnęłam zamierzony efekt. Miałam spokój. I może w normalnych warunkach nie przejęłabym się tym tak, ale to było tuż po śmierci mojej Olki. Jeszcze w tym okresie, kiedy ciągle płakałam na widok jej zdjęcia...
Ale takie zachowania są pojedyncze, a ujawniając się ze swoją chorobą można też znaleźć parę naprawdę świetnych osób, które wiedzą, co powiedzieć i jak pomóc. Parę osób, na które zawsze można liczyć. I byłabym nawet skłonna powiedzieć, że chorowanie nie jest aż takie złe, gdybym nie odkryła ostatnio (przeglądając papiery i czytając wydruki wyników starych badań), że w ciągu ostatniego pół roku wydolność płuc spadła mi o 18%.
Prawdopodobnie będę teraz pisać trochę częściej na blogu. Mam nadzieję, że nie przytłoczyła was zmiana serwera i adresu bloga i że nie straciłam zbyt wielu moich czytelników (bo przecież jakichś tam na pewno mam). Jak zwykle, zachęcam was do komentowania, bo właściwie, to i tak mi się nudzi (powinnam teraz pisać pracę roczną, zamiast wpis na bloga, no ale nieważne).
Trzymajcie się.
odchodzą...
OdpowiedzUsuńbo czasem ciężko zaakceptować (Twoje) skrajności od tak z biegu ...
bo nie wiem czy mam ubolewać że saturacja spadła o 18%
czy
cieszyć się z darmowych przejazdów komunikacją miejską
??
nie saturacja, tylko spirometria. a poza tym, nic nie jest ani czarne ani białe. to nie skrajności, to po prostu obie strony medalu- wszystko ma swoje plusy i swoje minusy. a każdy człowiek sam ma prawo wybrać, czy się cieszyć, czy ubolewać.
OdpowiedzUsuńZawsze możesz na Nas liczyć, mimo, że kontakt na studiach bardzo słaby. Pało ;P Chciałabym obserwować bloga, ale ni w ząb nie mogę się doszukać tej opcji u Ciebie... Pozdro! ;*
OdpowiedzUsuń